W medycynie estetycznej ważne jest doświadczenie

WYWIAD Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda

Zdaje się usposobieniem łagodności i rozsądku, a wewnątrz aż kipi od energii, i tej kobiecej, i tej młodzieńczej, którą łatwo gubimy z upływem lat i pod wpływem nadmiaru obowiązków. Doktor n. med. Joanna Kuschill-Dziurda ma troje dzieci, prowadzi dwie kliniki – w Warszawie i Krakowie, ma dwie specjalizacje i jeszcze do tego przyznaje, że jest uzależniona od sportu. Ambitna, pracowita i empatyczna. Od 18 lat jej pasją jest medycyna estetyczna, bo dzięki niej może cofać czas i dawać pacjentom piękno, a sobie przy okazji ogromną satysfakcję.

WYWIAD Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda

Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda

Absolwentka Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Alergolog i specjalistka chorób wewnętrznych. Medycyną estetyczną zajmuje się od 18 lat. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging oraz Stowarzyszenia Lekarzy Dermatologów Estetycznych, autorką licznych publikacji naukowych i publicystycznych. Założycielka Klinik Dr Kuschill Medestetis w Krakowie i Warszawie. Wierzy, że medycyna estetyczna powinna zapewniać piękny wygląd w sposób, który nie zmienia rysów  twarzy.

Od kilkunastu lat zajmujesz się medycyną estetyczną, mimo że jesteś alergologiem i lekarzem chorób wewnętrznych.

Tak, choć jestem alergologiem i specjalistą chorób wewnętrznych, od zawsze marzyłam o dermatologii i uwielbiałam upiększać ludzi. Na szóstym roku medycyny oraz podczas stażu podyplomowego ukończyłam dodatkowo szkołę kosmetyczną. Można więc powiedzieć, że jestem również dyplomowaną kosmetyczką! (śmiech). Nie pochodzę z rodziny lekarskiej, ale moi rodzice zawsze mnie wspierali w moich planach. W życiu zawodowym przebijałam się wyłącznie dzięki własnej ambicji i ciężkiej pracy – zawsze byłam wzorową uczennicą. Dziś wiem, że czerwony pasek nie ma większego znaczenia w dorosłym życiu, wcale nie gwarantuje zrobienia kariery albo nawet posiadania lepszej pracy. Ale na pewno nauczył mnie systematyczności, sumienności i przygotował do intensywnych studiów. Po ukończeniu stażu i zdaniu Lekarskiego Egzaminu Państwowego z bardzo dobrym wynikiem okazało się jednak, że nie ma żadnego wolnego miejsca na specjalizacji z dermatologii. Stanęłam przed ścianą, której nie mogłam przebić. Byłam już po ślubie, a ponieważ utrzymywaliśmy się sami – mój mąż jako farmaceuta dopiero zaczynał pracę w aptece za niewielkie wynagrodzenie – nie miałam możliwości, by iść na wolontariat i czekać, aż zwolni się miejsce specjalizacyjne. Musiałam zacząć zarabiać. Z rozsądku wybrałam więc choroby wewnętrzne – co wcale nie oznacza, że później tego wyboru żałowałam. Podczas stażu w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, w Klinice Pulmonologii, trafiłam do katedry prof. dr. hab. n. med. Andrzeja Szczeklika. Z kolei prof. Ewa Niżankowska-Mogilnicka dostrzegła mój potencjał i zaproponowała mi specjalizację, więc zostałam na oddziale. Bardzo lubię być lekarzem – rozmawiać z pacjentami, badać ich, stawiać diagnozy. W pierwszych latach pracy dosłownie wsiąkłam w tę specjalizację. Alergologia zawsze mnie interesowała, ponieważ zawiera elementy dermatologii, więc uznałam, że świetnie ją uzupełni. Zrobiłam jednak tę specjalizację dopiero kilka lat później w Warszawie, gdy miałam już klinikę w Krakowie i stabilność finansową. Wtedy mogłam pozwolić sobie na trzyletnie kształcenie w ramach wolontariatu. Będąc jeszcze w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, rozpoczęłam doktorat pod kierownictwem prof. Grażyny Bochenek, który obroniłam w 2013 roku. Moja praca nosiła tytuł „Fenotypy kliniczne astmy z nadwrażliwością na aspirynę” i obejmowała badania na grupie 200 pacjentów z tą chorobą.

Dlaczego więc zrezygnowałaś z pracy w szpitalu i zaczęłaś przygodę z medycyną estetyczną?

Po kilku latach dyżurowania na oddziale mój nadmiar empatii zaczął mnie wyniszczać. Owszem, ogromną satysfakcję dawała mi praca z pacjentami, których można było wyleczyć i którzy wracali do zdrowia. Ale jednocześnie codziennie spotykałam się z osobami chorymi na nowotwory i inne ciężkie schorzenia płuc, często bez żadnych dobrych rokowań. Widok załamanych pacjentów i płaczących rodzin był dla mnie codziennością – i nigdy nie potrafiłam się na to uodpornić. Nie spałam w nocy albo budziłam się o trzeciej nad ranem, zastanawiając się, czy dany pacjent jeszcze żyje. W 2007 roku zupełnie przypadkiem trafiłam na ogłoszenie – lekarka z Londynu, dr Elisabeth Dancey, otwierała w Krakowie klinikę medycyny estetycznej i szukała lekarzy do współpracy. Poszłam na rozmowę i zostałam przyjęta. Musiałam jednak polecieć do Londynu, by zdobyć solidną dawkę praktyki. Byłam już lekarką, interesowałam się medycyną estetyczną, ale dopiero od doktor Elisabeth nauczyłam się jej w praktyce. Równolegle zaczęłam intensywnie szkolić się w Polsce. W tamtych czasach oferta szkoleń była jednak bardzo ograniczona – dotyczyły głównie podstaw toksyny botulinowej i kwasu hialuronowego. Nie było przekazywanej tak rozległej wiedzy z anatomii, na której dziś opierają się wszystkie szkolenia. Nikt też nie mówił o powikłaniach. Świetnym przykładem tego, jak bardzo zmieniło się podejście do medycyny estetycznej, jest zabieg wypełniania bruzd nosowo-wargowych. Kilkanaście lat temu była to jedna z najpopularniejszych procedur, którą lekarze wykonywali niemal bez zastanowienia. Mało kto miał świadomość, z jakim ryzykiem powikłań może się wiązać. Dziś coraz więcej lekarzy, rezygnuje całkowicie z wypełniania bruzd, uznając procedurę za zbyt niebezpieczną. Pierwsze lata pracy w medycynie estetycznej łączyłam z rezydenturą w szpitalu – od rana do 15.00 byłam na oddziale, a popołudniami, w wybrane dni tygodnia, pracowałam w klinice doktor Elisabeth.

WYWIAD Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda

Skąd pomysł, by założyć własną klinikę?

W dużej mierze to zasługa mojego męża, który mocno wspierał mnie w tej decyzji, a wiadomo, że najbliżsi potrafią skutecznie dodawać skrzydeł. Był też bardzo zaangażowany w tworzenie kliniki i na początku, kiedy nie mieliśmy jeszcze zespołu, pomagał po godzinach swojej pracy. Największą motywacją do otwarcia własnej kliniki była jednak moja potrzeba realizowania własnych pomysłów. Niechętnie się podporządkowuję, zwłaszcza gdy widzę lepsze rozwiązania. Lubię realizować własne wizje i pomysły, których mam wciąż mnóstwo. Chciałam mieć możliwość pracy według własnego podejścia do pacjentów i opracowywania indywidualnych planów zabiegowych. Medycyna to środowisko o bardzo sztywnej hierarchii, gdzie młoda lekarka rzadko ma przestrzeń na wdrażanie własnych koncepcji. Już podczas specjalizacji starałam się przebijać z pomysłami, które wydawały mi się oczywiste i – jak pokazały lata – rzeczywiście działały. Jednak wtedy traktowano mnie jak „młodą, niedoświadczoną”, więc często nie brano ich pod uwagę. Pierwszą klinikę otworzyłam w Krakowie w 2010 roku – choć trudno było wtedy nazwać ją kliniką, bo składała się zaledwie z dwóch gabinetów. Dwa lata później dołączyła do mnie pierwsza kosmetolog, Magdalena Gucik, która na początku pełniła głównie funkcję recepcjonistki. Dopiero gdy pojawił się pierwszy laser do depilacji, zaczęła wykonywać zabiegi. Stopniowo rozrastaliśmy się i do zespołu dołączały kolejne osoby – tak zaczęła się historia Medestetis.

Czyli nie zaczęłaś od wielkiej inwestycji, dużych kredytów, lecz postawiłaś na powolny, ale stabilny rozwój?

Tak, nie rzuciłam się na głęboką wodę, rozwijałam własny biznes małymi krokami i bardzo ostrożnie. To wymagało ogromnych zasobów konsekwencji i cierpliwości. Oczywiście pierwsze sprzęty braliśmy w leasing, bo nie mieliśmy środków na ich zakup. Jednak nigdy nie podejmowaliśmy wielkich inwestycji na zasadzie „zaryzykujemy i zobaczymy, czy się zwrócą”. Stawialiśmy na stabilny, przemyślany rozwój.

Jak doszło do tego, że otworzyłaś drugą klinikę?

Zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do Warszawy, gdy mój mąż dostał tu pracę. W tamtym czasie kończyłam jeszcze specjalizację w Krakowie i mieliśmy małe dziecko, co sprawiało, że pogodzenie życia zawodowego z rodzinnym nie było łatwe. Przez kilka lat regularnie dojeżdżałam do pacjentów do Krakowa – zresztą robię to do dziś. Kiedy jednak zrozumieliśmy, że Warszawa stała się naszym stałym miejscem zamieszkania, w 2016 roku podjęliśmy decyzję o otwarciu tutaj kliniki. Muszę przyznać, że na początku mieliśmy mieszane uczucia. Wiele osób odradzało nam ten krok, twierdząc, że w stolicy jest już za dużo klinik medycyny estetycznej i nie ma miejsca na kolejną. Mimo to udało się – warszawski Medestetis rozwija się już od dziewięciu lat, a nasz zespół stale się powiększa. Choć początki były trudne, dziś wiem, że była to jedna z najlepszych decyzji zawodowych, które podjęłam.

Łączenie funkcji lekarza, który wykonuje codziennie zabiegi, z rolą szefa dwóch placówek jest dla Ciebie bardzo trudne?

Bywał czas, kiedy pracowałam od poniedziałku do niedzieli, całymi dniami. Od niedawna pozwoliłam sobie jednak nieco zwolnić tempo, by mieć więcej czasu na pracę koncepcyjną, kwestie organizacyjne, a także dla siebie. Oprócz weekendów mam teraz także pojedyncze dni wolne w tygodniu. Powiedzmy sobie szczerze – nie da się prowadzić dwóch klinik w pojedynkę i jednocześnie codziennie przyjmować pacjentów. Traciliby na tym i pacjenci, i cała organizacja firmy, o moim życiu prywatnym nie wspominając. Kluczowi są więc zaufani współpracownicy. Najważniejszym z nich jest Marcin Dziurda, mój wspólnik i szwagier, który pełni funkcję dyrektora zarządzającego. To on od lat odpowiada za organizację pracy obu placówek. Marcin jest mistrzem logistyki i ma mnóstwo innowacyjnych pomysłów, dzięki czemu doskonale sprawdza się w swojej roli. Mam również wspaniały zespół w obu miastach – zarówno w Warszawie, jak i w Krakowie. W krakowskiej klinice ogromną rolę odgrywa dr Ania Grodecka, która współpracuje ze mną od 13 lat i pełni funkcję dyrektora medycznego. Jej nazwisko znajduje się nawet w nazwie placówki: Medestetis Klinika Dr Kuschill & Dr Grodecka. Anię poznałam przez przypadek – byłam wtedy w zagrożonej ciąży i z dnia na dzień musiałam odejść z pracy, więc pilnie szukałam lekarza, który mógłby przejąć moich pacjentów. Zadzwoniła do mnie Ania i… zatrudniłam ją przez telefon! (śmiech) Do dziś się śmiejemy, że tak dobrze nam się rozmawiało, że ona nawet się nie zorientowała, że to była rozmowa rekrutacyjna – sądziła, że po prostu fajnie nam się gada. Od razu nadawałyśmy na tych samych falach, miałyśmy podobne podejście do pacjentów i duże doświadczenie w medycynie estetycznej. Ania zaczynała swoją karierę od anestezjologii, którą później zamieniła na dermatologię. Choć osobiście spotkałyśmy się dopiero później – niestety straciłam wtedy ciążę – to nasza współpraca trwa do dziś. Wiem, że mogę na niej polegać jak na Zawiszy, a dodatkowo po prostu lubimy spędzać razem czas, również poza pracą. W warszawskiej klinice mam z kolei zaufaną dr Anetę Bembenek, okulistkę i doświadczoną lekarz medycyny estetycznej. Jej historia zatrudnienia też jest nietypowa! (śmiech) Gdy klinika na Włodarzewskiej była jeszcze w budowie, leciałam na szkolenie i na lotnisku odebrałam telefon. Aneta przedstawiła się, powiedziała, że mieszka bardzo blisko nowej kliniki i marzy, by tu pracować. I tak spełniła swoje marzenie – od 2016 roku nie musi stać w korkach, a ja zyskałam świetną specjalistkę. Doświadczenie to dla mnie kluczowe kryterium przy zatrudnianiu lekarzy. Owszem, próbowałam wprowadzać do zespołu mniej doświadczone osoby, ale nasze drogi zawsze się po jakimś czasie rozchodziły. Jeśli chodzi o zaufanych współpracowników, nie mogłabym nie wspomnieć o Sylwii Dziurdzie, żonie mojego szwagra, która dba o to, by Medestetis w Warszawie działał na najwyższym poziomie. Dzięki jej sposobowi zarządzania klinika funkcjonuje bez zarzutu. W Krakowie mamy również niezawodną managerkę, Agnieszkę Iwańczuk. Wracając do twojego pytania – łączenie funkcji lekarza i szefa dwóch klinik nie jest łatwe, ale mając tak fantastyczny zespół, mogę skupić się na tym, co robię najlepiej.

WYWIAD Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda

Zatrudniasz w obydwu placówkach kilkanaście osób. Czy sama rekrutujesz pracowników?

W większości przypadków zostaje mi podjęcie ostatecznej decyzji. Pierwsze etapy rekrutacji, w tym wstępne rozmowy i selekcję kandydatów, prowadzą nasze managerki. Moja rola na końcu procesu to przede wszystkim potwierdzenie, że dana osoba faktycznie spełnia wszystkie nasze oczekiwania. Muszę przyznać, że zespół, który zatrudniam obecnie w obu klinikach, to spełnienie marzeń. Nie potrafię sobie wyobrazić lepszego zestawu ludzi.

Czy obecność członków rodziny w zespole pomaga, czy raczej przeszkadza? Zdarza Wam się kłócić?

W moim przypadku współpraca z rodziną to strzał w dziesiątkę. Oczywiście zdarzają się drobne spięcia, ale nigdy prawdziwe kłótnie. W naszym zawodowym układzie to ja podejmuję kluczowe decyzje, więc czasem pojawiają się mocniejsze wymiany zdań, ale są krótkie i konkretne – nikt z nas nie pielęgnuje urazy (śmiech). Staramy się też nie przenosić pracy na spotkania rodzinne, chyba że umawiamy się prywatnie właśnie po to, by porozmawiać o klinice – a tak też się zdarza.

Jak postępujesz, gdy pacjent przychodzi z ewidentnym w Twoim mniemaniu defektem urody, którego nie widzi, a który jest łatwy do rozwiązania za pomocą zabiegu?

Każdy pacjent na początku wizyty wypełnia ankietę, dzięki której mogę dowiedzieć się, co konkretnie przeszkadza mu w jego wyglądzie. Lubię jednak sytuacje – a na szczęście zdarzają się często – gdy ktoś okazuje mi pełne zaufanie i prosi, bym sama zasugerowała ewentualne zmiany. Wtedy mam większe pole do popisu i przyznaję – bardzo mi to odpowiada. Staram się wydobyć maksymalne piękno z danej twarzy w najbardziej subtelny sposób. To dla mnie doskonała okazja, by spełnić się artystycznie. Oczywiście gdy widzę coś ewidentnego, co można by skorygować w kilka minut, czasem korci mnie, by o tym wspomnieć (śmiech). W takich przypadkach staram się jednak w dyskretny i nieoczywisty sposób zbadać, czy pacjent sam dostrzega ten defekt. Jeśli widzę, że nie stanowi to dla niego problemu, absolutnie się nie narzucam – mogłabym w ten sposób nieświadomie stworzyć lub utrwalić w nim kompleks, a tego bardzo bym nie chciała. Często, układając plan zabiegowy, kieruję pacjentów do innych specjalistów – np. do ortodonty czy protetyka – jeśli wiem, że poprawa w tych obszarach przyniesie znaczną korzyść estetyczną. Wspólna opieka pozwala uzyskać niesamowite efekty!

Czy są zabiegi, których byś nie wykonała u swoich pacjentów?

Moim priorytetem jest zawsze bezpieczeństwo pacjentów, dlatego są zabiegi, których absolutnie nie wykonuję. Widziałam i leczyłam zbyt dużo powikłań i działań niepożądanych, by ryzykować czyimś zdrowiem lub przerysowanym wyglądem. Na przykład nie stosuję nici permanentnych ani trwałych wypełniaczy. Nie wykonuję również silnie działających stymulatorów, takich jak kwas polimlekowy u bardzo młodych osób, podobnie jak nici liftingujących. Muszę przyznać, że w ogóle nie jestem fanką nici – w większości przypadków je odradzam. Nie podaję także dużych ilości wypełniaczy, jeśli nie ma ku temu ewidentnych wskazań. Wielokrotnie odmawiałam przesadnego powiększania ust czy nieproporcjonalnego modelowania twarzy. Medycyna estetyczna wcale nie jest prosta – to nie tylko wstrzyknięcie preparatu i pobranie za to wynagrodzenia. Nie każdy lekarz powinien się nią zajmować, bo wymaga nie tylko wiedzy medycznej, lecz także wyczucia i artystycznego spojrzenia na twarz pacjenta. To prawdziwa sztuka – umiejętność subtelnego uzupełniania ubytków, niwelowania bruzd i poprawy jakości skóry przy jednoczesnym zachowaniu naturalnych rysów. Dla mnie kluczowe jest to, by nie zmieniać pacjenta na siłę według własnej wizji, jeśli on sam tego nie oczekuje. Chcę, by twarz wyglądała świeżo, młodziej, ale nie była napuchnięta i pozbawiona mimiki. Właśnie dlatego doświadczenie w tej branży jest bezcenne – można nauczyć się technik na szkoleniach, ale prawdziwa wprawa przychodzi dopiero z latami praktyki, a tego procesu nie da się przyspieszyć.

WYWIAD Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda
Łączenie funkcji lekarza i szefa dwóch klinik nie jest łatwe, ale mając tak fantastyczny zespół, mogę się skupić na tym, co robię najlepiej. Lek. Anna Grodecka, dr. n. med. Joanna Kuschill-Dziurda, lek. Aneta Bembenek

A wykonujesz zabiegi z użyciem kwasu hialuronowego, które są obarczone dużym ryzykiem powikłań, np. modelowanie nosa?

Tak, wykonuję takie zabiegi, ale tylko wtedy, gdy faktycznie są do tego wskazania i wiem, że kilka ukłuć może zastąpić ingerencję chirurgiczną. Jeśli jednak oceniam, że po ostrzyknięciu nos stałby się zbyt duży lub nieproporcjonalny, od razu kieruję pacjenta do chirurga plastyka. Znam na tyle dobrze anatomię tej okolicy, że zdarza mi się wykonywać modelowanie nosa kwasem hialuronowym, ale zawsze z najwyższą ostrożnością i dużą precyzją. Mimo to nos pozostaje jednym z tych obszarów, przy których nawet po latach doświadczenia odczuwam lekki stres – bo wiem, jak duże znaczenie ma tu precyzja.

Uważasz, że chirurgia plastyczna jest dla lekarza medycyny estetycznej konkurencją? Nie masz problemu z tym, by odsyłać pacjentki do chirurga plastyka, zamiast proponować im serię zabiegów medycyny estetycznej?

Zdarza mi się mówić wprost, że w przypadku danej dojrzałej osoby najlepszym rozwiązaniem będzie lifting chirurgiczny. Jeśli jednak ktoś upiera się przy zabiegach medycyny estetycznej, zawsze uczciwie wyjaśniam, że efekty mogą być ograniczone i dalekie od spektakularnych. Uważam również, że medycyna estetyczna i chirurgia plastyczna doskonale się uzupełniają. Zabiegi chirurgii nie są w stanie wpłynąć na jakość skóry, ale też procedury medycyny estetycznej nie dadzą sobie rady z jej dużym nadmiarem. Poprawa jakości skóry zarówno przed liftingiem, jak i po nim jest niezwykle istotna, dlatego te dwie dziedziny nie konkurują z sobą, lecz współpracują, dając pacjentom najlepsze możliwe rezultaty. To samo dotyczy zmniejszenia widoczności blizn po operacji – narzędzia do leczenia blizn mamy my, a nie chirurdzy. Nigdy nie zatrzymuję pacjenta na siłę w gabinecie – takie podejście zawsze obróciłoby się przeciwko mnie. Stawiam na szczerość i otwartość, jasno określając, jakie efekty jesteśmy w stanie osiągnąć, a jakie są poza naszym zasięgiem. Można powiedzieć, że medycyna estetyczna pozwala cofnąć zegar o 10–15 lat, ale próba uzyskania większego odmłodzenia często prowadzi do karykaturalnego efektu zamiast naturalnego wyglądu. Trzeba mieć pokorę wobec tych ograniczeń.

Czy nawet po kilkunastu latach pracy efekty zabiegów potrafią Cię zaskakiwać? Medycyna estetyczna jest dla Ciebie przewidywalną dziedziną?

Oczywiście! Medycyna estetyczna jak każda dziedzina medycyny potrafi być nieprzewidywalna (śmiech). Efekty zabiegów zawsze zależą od wielu czynników – każda pacjentka ma inną skórę, anatomię, styl życia, dietę, ubytki tkankowe czy wahania wagi. Te pozornie drobne szczegóły mają ogromne znaczenie. Rezultaty mojej pracy czasem mnie zaskakują – na szczęście najczęściej pozytywnie! Jestem jednak lekarzem, który woli raczej ostrożnie nastawić pacjenta i zaznaczyć, że efekt może być subtelny, tak by finalnie spotkała go miła niespodzianka. Bardzo cenię świadomych pacjentów, którzy rozumieją ograniczenia medycyny estetycznej i nie oczekują, że nagle będą wyglądać na 18 lat. Najtrudniejsi są ci, którzy po jednym zabiegu spodziewają się efektu liftingu chirurgicznego – a takich osób niestety wcale nie jest mało. W takich przypadkach kluczowe jest dokładne wyjaśnienie jeszcze przed zabiegiem, że to po prostu niemożliwe.

Masz poczucie zadowolenia i spełnienia, gdy kończysz zabieg i jeszcze zanim podasz pacjentce lusterko, już uśmiechasz się do siebie, bo widzisz, że efekt jest super?

Oj tak, często się wtedy zachwycam! (śmiech) Ta satysfakcja to właśnie powód, dla którego wybrałam medycynę estetyczną. Daje mi mnóstwo pozytywnych emocji w przeciwieństwie do mojej wcześniejszej pracy w szpitalu, która mnie emocjonalnie wykańczała. To, czym się zajmuję, jest zupełnym przeciwieństwem pracy na oddziale. W moim gabinecie są najczęściej zdrowi ludzie, a efekty moich zabiegów dają mi ogromną satysfakcję. Ta zmiana zawodowa pozwoliła mi się uspokoić i odnaleźć balans, bo nadmiar empatii bardzo mnie obciążał w pracy szpitalnej. Mimo to nadal jestem bardzo empatyczna – czasem nawet zdarza mi się popłakać razem z pacjentką, gdy opowiada mi swoją historię. Zdarza się, że panie się przede mną otwierają, zwłaszcza gdy potrzeby zmian wyglądu są związane ze zmianami w ich życiu. Moja empatia daje wtedy o sobie bardzo mocno znać.

Jakimi wartościami kierujesz się jako lekarz medycyny estetycznej? Co oprócz bezpieczeństwa jest dla Ciebie ważne w pracy z pacjentami?

Bardzo istotna jest dla mnie wysoka jakość wykonywanych zabiegów oraz to, by pacjent czuł się zaopiekowany na każdym etapie wizyty – już od momentu przekroczenia progu kliniki. Chcę, by miał poczucie, że trafił w miejsce bezpieczne, przyjazne, gdzie wszyscy są uśmiechnięci i nastawieni na jego komfort. Te aspekty mają ogromne znaczenie. Pacjent musi wiedzieć, że jest w dobrych rękach, a to poczucie buduje cały zespół. Co z tego, że ja będę fantastyczna w gabinecie, jeśli na recepcji powita go skrzywiona recepcjonistka, a obsługa w poczekalni będzie patrzyła wilkiem? (śmiech) Równie ważna jest rola i pozytywne nastawienie asysty – w moich klinikach każdy lekarz pracuje z asystentką lub kosmetolożką, które przeprowadzają prekonsultację jeszcze przed samą wizytą. Oczywiście kluczowa jest jakość preparatów. Nigdy nie podałabym pacjentowi produktu ani nie użyła sprzętu od niesprawdzonego dystrybutora, bez certyfikatu. Bardzo zależy mi również na komforcie pacjenta podczas zabiegu – dbam o maksymalne zmniejszenie dolegliwości bólowych. Zawsze stosuję znieczulenie, chyba że ktoś wyraźnie sobie tego nie życzy.

WYWIAD Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda
W moim przypadku współpraca z rodziną to strzał w dziesiątkę. Marcin Dziurda, wspólnik i szwagier, pełni funkcję dyrektora zarządzającego. Jest mistrzem logistyki i ma mnóstwo innowacyjnych pomysłów. Sylwia Dziurda dba o to, by Medestetis w Warszawie działał na najwyższym poziomie.

Czym się kierujesz, wybierając sprzęt i produkty do swoich klinik?

Przede wszystkim jakością, certyfikatami oraz wynikami badań potwierdzających skuteczność danego sprzętu czy produktu. Jako właścicielka klinik zwracam również dużą uwagę na obsługę posprzedażową. Lasery i inne urządzenia high-tech to spora inwestycja, a ich serwis również nie należy do tanich. Dlatego kluczowe jest dla mnie, by współpraca z dostawcami była długoterminowa i oparta na solidnym wsparciu technicznym. Dzięki temu moje kliniki mogą działać sprawnie i zapewniać pacjentom najwyższą jakość usług.

Planujesz wprowadzić jakieś nowości do klinik?

Od marca wprowadzamy do obu klinik laser tulowy Lavieen, którego dystrybutorem jest firma EuroScaleMed. Zainteresowałam się nim, gdy zaczęłam słyszeć same pozytywne opinie od pacjentek – były zachwycone jego działaniem. Mam też pełne zaufanie do EuroScaleMed, bo ich urządzenia od lat spełniają oczekiwania moich pacjentek, a nasza długoterminowa współpraca świetnie się sprawdza. W klinikach korzystamy już z ich urządzeń, takich jak RF Secret i HIFU Ultraskin, które dają znakomite efekty. Laser tulowy Lavieen znajdzie zastosowanie u większości pacjentów – poprawia strukturę skóry, usuwa przebarwienia, zmniejsza widoczność porów, napina skórę, a do tego można go stosować przez cały rok. Jestem przekonana, że będzie świetnym uzupełnieniem naszej oferty.

Jaki jest Twoim zdaniem największy problem w branży medycyny estetycznej w Polsce i z czego on wynika?

Moim zdaniem największym problemem w branży medycyny estetycznej w Polsce jest brak jakiejkolwiek regulacji i kontroli, co sprawia, że praktycznie każdy może ją wykonywać. W naszym kraju każdy może otworzyć „gabinet” i wstrzykiwać różne preparaty – niestety, dzieje się to na co dzień w salonach fryzjerskich, kosmetycznych, a nawet w prywatnych mieszkaniach. To poważny problem, ponieważ nielegalna działalność wpływa negatywnie na cały odbiór medycyny estetycznej. Na ulicach widzimy karykaturalne efekty źle przeprowadzonych zabiegów, coraz częściej pojawiają się powikłania po niecertyfikowanych wypełniaczach i toksynie botulinowej niewiadomego pochodzenia. Tymczasem – jak sama nazwa wskazuje – medycyna estetyczna to medycyna. Jeśli ktoś chce ją wykonywać, powinien skończyć studia medyczne i mieć odpowiednie kwalifikacje.

Zatrudniasz wielu kosmetologów. Jak wygląda relacja lekarz medycyny estetycznej – kosmetolog w Twoich klinikach?

Bardzo cenię wiedzę i umiejętności kosmetologów zdobyte podczas studiów. Jednak ich zakres kompetencji nie obejmuje podawania preparatów i implantów głęboko w tkanki, czyli m.in. iniekcji z użyciem kwasu hialuronowego, polimlekowego, hydroksyapatytu wapnia czy polikaprolaktonu. W naszych klinikach mamy bardzo jasny podział obowiązków. Kosmetolodzy mają ogromne pole do popisu, jeśli chodzi o zabiegi aparaturowe – wykonują procedury z wykorzystaniem endermologii, laserów, fali akustycznej, ultradźwięków czy fal radiowych, czyli metod, które nie wymagają głębokiej ingerencji w tkanki. Z kolei iniekcje zawsze pozostają w gestii lekarzy, ponieważ wiążą się z ryzykiem poważnych powikłań, takich jak okluzja naczynia czy rozległa infekcja, wymagająca leczenia. Wychodzę z założenia, że nie powinno się wykonywać zabiegów, jeśli nie ma się wiedzy i umiejętności, by leczyć ich ewentualne powikłania. Na rynku medycyny estetycznej jest miejsce zarówno dla lekarzy, jak i kosmetologów – warto się wzajemnie uzupełniać i wspierać. Podczas konsultacji pacjenta często współpracuję z kosmetolożką – gdy ja układam plan zabiegowy, ona dobiera odpowiednie procedury kosmetologiczne i pielęgnację. Dzięki temu pacjent otrzymuje kompleksową opiekę, a efekty zabiegów są jeszcze lepsze.

WYWIAD Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda

Od kiedy sama korzystasz z zabiegów medycyny estetycznej?

Zaczęłam od toksyny botulinowej od razu, gdy rozpoczęłam pracę w tej dziedzinie medycyny, czyli 18 lat temu. Mam bardzo ekspresyjną mimikę, więc dziś nie wyobrażam sobie swojej twarzy bez botoksu (śmiech). Czasem, gdy widzę większe ubytki objętościowe na twarzy, uzupełniam je kwasem hialuronowym. Robię to jednak rzadko, bo wypełniacze utrzymują się znacznie dłużej, niż kiedyś sądziliśmy – nawet latami. Zamiast tego staram się intensywnie stymulować skórę. Regularnie, co pół roku, wykonuję zabieg Dermapen, raz w roku laser frakcyjny, a kilka razy zdecydowałam się na HIFU na dolne piętro twarzy. Jeśli chodzi o zabiegi na ciało, tutaj niestety brakuje mi regularności. Choć lubię endermologię i korzystałam z fali akustycznej, HIFU Ultraskin oraz radiofrekwencji mikroigłowej Secret, którą robiłam na brzuch po ciąży.

Co oprócz zabiegów medycyny estetycznej jest według Ciebie równoważne, by wyglądać dłużej młodo?

Podstawa to ochrona przed promieniowaniem ultrafioletowym, czyli stosowanie filtrów przeciwsłonecznych przez cały rok. Ogromne znaczenie ma to, co jemy. Widać to chociażby na przykładzie osób z nadwagą – często borykają się one z problemami skórnymi. Kluczowa dla wyglądu, zwłaszcza u dojrzałych kobiet, jest pełnowartościowa dieta bogata w białko. Bardzo ważna jest także aktywność fizyczna – dotleniona skóra, oparta na mocnych mięśniach, funkcjonuje zdecydowanie lepiej i to widać gołym okiem. Nie można zapominać o śnie – to czas, gdy nasze komórki, w tym komórki skóry, intensywnie się regenerują. To jeden z najprostszych i darmowych zabiegów odmładzających, który niestety często niedoceniany. Moim zdaniem kluczowy jest też spokój wewnętrzny. Nie chodzi o życie bez stresu – bo stres w odpowiednich dawkach potrafi nas napędzać i mobilizować. Przynajmniej ja tak mam! (śmiech) Chodzi raczej o to, by nie stresować się ponad miarę, nie myśleć negatywnie i nie wyolbrzymiać niepowodzeń. To właśnie równowaga w tych aspektach pozwala zachować młody wygląd na dłużej.

Jakie słabości z tych wyżej wymienionych nawyków ma więc doktor Joanna?

Na pewno od zawsze zaniedbuję sen – jestem typową sową i kładę się zdecydowanie za późno. Ciągle mam tyle rzeczy do zrobienia… Niestety, zauważyłam, że moje dzieci odziedziczyły to po mnie – wieczorami są aż za bardzo aktywne. Rano najczęściej jestem niewyspana i choć od lat próbuję to zmienić, wciąż mi się nie udaje. Oczywiście mam też swoje dietetyczne słabości. Jestem wegetarianką, jem dużo nabiału i jajek, więc raczej dostarczam sobie odpowiednią ilość białka. Ale uwielbiam dobre jedzenie – niekoniecznie niskokaloryczne. Na przykład pizzę, tak jak Ty! (śmiech) Czasem też mam nieodpartą ochotę na coś słodkiego, co pewnie wynika z braku snu i dużej aktywności fizycznej. Nie trzymam żadnej restrykcyjnej diety – mam za sobą złe doświadczenia w tej kwestii. Jako nastolatka byłam blisko anoreksji, liczyłam niemal każdą kalorię, dlatego dziś już tego nie robię. Oczywiście staram się jeść zdrowo, ale pozwalam sobie na małe grzeszki – i robię to całkowicie świadomie, z ogromną przyjemnością.

Czy ktoś pomógł Ci wyjść z zaburzeń odżywiania?

Poradziłam sobie sama. Momentem przełomowym była utrata miesiączki – to mnie otrzeźwiło. Wystraszyłam się, że doprowadziłam swój organizm do skrajnego stanu, zwłaszcza gdy okazało się, że mój poziom tkanki tłuszczowej był znacznie poniżej normy. Znowu dał o sobie znać mój perfekcjonizm.

Jesteś wciąż perfekcjonistką?

Jestem, ale odkąd zostałam mamą trójki dzieci, perfekcjonizm zdecydowanie osłabł (śmiech) – bo po prostu nie da się wtedy zrobić wszystkiego idealnie. W pracy nadal mi towarzyszy i uważam, że w tym kontekście jest pozytywny, choć przyznaję, że kiedyś zdarzało mi się tym trochę zmęczyć zespół (śmiech). Dziś staram się nad nim panować, a w innych sferach życia – po prostu go odpuszczać.

Czyli doktor Joanna nie ma wszystkiego w domu na wysoki połysk?

Nieee… (westchnienie). Nie jestem osobą, która musi mieć idealnie poukładane skarpetki. Na szczęście mój mąż dużo zajmuje się domem – inaczej chyba już bym się w nim nie odnalazła! (śmiech)

Masz tendencję do zamartwiania się? Myślisz pozytywnie?

Jestem pozytywną realistką. Wierzę, że nasze myśli kształtują rzeczywistość, dlatego nie myślę negatywnie. Zamartwianie się na zapas nie wnosi do życia nic dobrego. Mocno stąpam po ziemi, ale zawsze z dobrym nastawieniem. Rozważam różne scenariusze, ale nigdy nie pozwalam sobie na zamartwianie się.

Jesteś osobą, która promuje aktywność fizyczną, zwłaszcza na Instagramie. Zdobyłaś mnóstwo medali na igrzyskach lekarskich. Skąd w Tobie taka systematyczność w uprawianiu sportu?

Moje dzieciństwo przypadało na czasy, gdy nie było jeszcze zwyczaju wożenia dzieci na zajęcia sportowe tak jak dziś. Mimo to sport zawsze był obecny w moim życiu – mój tata był i nadal jest sprinterem, systematycznie trenuje, biega przez płotki i jako weteran wciąż odnosi sportowe sukcesy. To on zaszczepił we mnie miłość do aktywności fizycznej. Zabierał mnie i mojego brata na różne lokalne zawody, w których również startowaliśmy i biegaliśmy. W szkole zawsze byłam wysportowana – często delegowano mnie na zawody. W siódmej klasie zaczęłam regularnie chodzić na basen i wtedy rozpoczęła się moja przygoda z pływaniem. Choć sport towarzyszył mi od zawsze, regularnie zaczęłam go uprawiać dopiero 15 lat temu, gdy przeprowadziłam się do Warszawy. To właśnie wtedy polubiłam długie dystanse biegowe – wcześniej wolałam krótkie, dynamiczne biegi. Wróciłam też do pływania. W pewnym momencie pomyślałam: „A może wezmę udział w igrzyskach lekarskich? Skoro i tak trenuję, to dlaczego nie spróbować przygotować się do zawodów?”.

Co Cię zmobilizowało w tym czasie do regularności? Miałaś już wtedy troje dzieci i dwie kliniki. Chodziło o zrzucenie kilogramów po ciąży, o wyjście z domu?

Tak, jestem estetką, sporo od siebie wymagam i nie podobała mi się moja tzw. pociążowa figura. Po porodach zawsze mocno rzucałam się w wir ćwiczeń. Ale to nie był jedyny powód – po prostu uwielbiam sport, bo pomaga mi odpocząć psychicznie. W 2016 roku, rok po urodzeniu starszej córki, pojechałam na igrzyska lekarskie i ku mojemu zaskoczeniu zdobyłam 13 medali, w tym aż dziewięć złotych! (śmiech) Kompletnie się tego nie spodziewałam, ale dało mi to ogromną satysfakcję. Zaskoczyłam samą siebie zarówno w bieganiu, jak i w pływaniu – startowałam na różnych dystansach, także w biegach przełajowych. To było niesamowite doświadczenie. Rok później nie wystartowałam, bo byłam w kolejnej ciąży. Wróciłam do igrzysk w 2019 roku – znowu z sukcesami. Potem przyszła pandemia, ale w 2021 roku ponownie udało mi się wziąć udział i znów zdobyłam medale. Od tamtej pory mam przerwę – trudno było pogodzić terminy zawodów z innymi obowiązkami. Ale myślę nad kolejnym startem w tym roku, bo to niesamowita dawka motywacji, dopaminy i serotoniny!

Co najbardziej lubisz ćwiczyć? Nie zdajesz się osobą uwielbiającą spędzać godziny na siłowni.

A wiesz, że ostatnio coraz bardziej przekonuję się do treningów siłowych? Ale chyba najbardziej cenię sobie jogę. Zawsze lubiłam się rozciągać, a joga daje mi poczucie pełnej kontroli nad ciałem i zwiększa jego świadomość. Poprawia wygląd mięśni i całej sylwetki, do tego pomaga się wyciszyć, skupić tylko na ciele i własnym oddechu. Uwielbiam też bieganie, pływanie, wspinaczkę – właściwie zawsze szukam okazji, żeby się poruszać! Zimą chętnie wskakuję w łyżwy czy jadę na narty, a jeśli gdzieś widzę stół do tenisa, od razu szukam rakietki. Na korcie tenisowym też nie usiedzę w miejscu. Sportowa ciekawość to coś, co wyniosłam z domu – moja mama również uwielbia aktywność fizyczną. Mało jest dyscyplin, których nie lubię albo w których nie potrafię się odnaleźć. Gdy pojawia się sportowe wyzwanie, podejmuję je bez wahania i staram się wykonać najlepiej, jak mogę. Chyba można powiedzieć, że sport to moje uzależnienie!

Nie miewasz lenia?

Oczywiście, że miewam, choćby wtedy, gdy pogoda jest kiepska, a ja miałam w planie pobiegać. Ale prawda jest taka, że gdy już się przełamię, nigdy tego nie żałuję. Moją słabością jest za to sportowe szaleństwo na wakacjach. Wydaje się to zaskakujące, bo większość osób wybiera wtedy błogie lenistwo, a ja właśnie wtedy mam czas na aktywność! Niestety, często kończy się to przetrenowaniem – organizm sam mnie wtedy ostrzega i zmusza do odpoczynku. Nawet w najbardziej zapracowane dni staram się znaleźć chwilę na ruch – choćby na 10 minut rozciągania. Najczęściej ćwiczę w domu, bo jestem do tego przyzwyczajona od lat. Już jako nastolatka trenowałam z kasetą VHS z Cindy Crawford! (śmiech) Wiadomo też, że po urodzeniu dzieci trudno wygospodarować czas na dojazd do klubu i powrót z zajęć. O wiele łatwiej jest po prostu rozłożyć matę i ćwiczyć, gdy dziecko śpi – tak właśnie robiłam, gdy moje dzieci były małe. Dobrze dobrane ćwiczenia z masą własnego ciała mogą dać równie świetne efekty jak treningi na siłowni. A jeśli jest się konsekwentnym i regularnym, to nawet lepsze!

Jesteś mamą trójki. Czego nauczyło cię macierzyństwo i jak dajesz radę pogodzić tak wymagającą pracę z wychowywaniem dzieci?

Macierzyństwo przede wszystkim nauczyło mnie, że nie da się być perfekcyjną we wszystkim i nie można zaplanować życia od A do Z. A przed dziećmi tak działałam, skupiałam się głównie na nauce, byłam bardzo pilną uczennicą i studentką, zawsze wszystko miałam pod kontrolą. Dzisiaj jest zupełnie inaczej, ale nie wymagam też od dzieci tyle, ile kiedyś wymagałam od siebie. Ich czerwony pasek na świadectwie nie jest dla mnie już tak istotny. Jestem mamą, która nie narzuca im swoich wizji i pragnień. Wiem, że nie mam wpływu na wszystko, co wydarzy się w ich życiu – częściowo dlatego, że dużo pracuję i nie jestem z nimi cały czas. Uważam, że to dobrze, bo dzięki temu nie czuję się przytłoczona rolą mamy. Największą lekcją, którą dało mi macierzyństwo, jest bezwarunkowa miłość. Bez względu na to, co się dzieje, dzieci kocha się po prostu za to, że są – to uczucie, którego nie da się porównać z żadnym innym. Moje dzieci mają zupełnie różne osobowości: starsza córka jest niezwykle empatyczna, młodsza bardzo obowiązkowa, a dorosły syn jako nastolatek dał nam niezłą szkołę życia. W moim domu nigdy nie brakuje emocji! (śmiech) Macierzyństwo nauczyło mnie też lepszego planowania – muszę zmieścić w dobie więcej niż ktoś, kto nie ma trójki dzieci. Mam ogromne wsparcie męża, który tak jak ja spełnia się zawodowo, dlatego od zawsze bardzo partnersko podchodzimy do opieki nad dziećmi. Nigdy nie miałam obaw, które często słyszę od innych kobiet: „Mój mąż sobie nie poradzi” albo „Nie ogarnie tego”. Zawsze zakładałam, że jeśli zostawię go z kilkutygodniowym niemowlęciem, odciągniętym pokarmem i pieluchami na zmianę, to na pewno da sobie świetnie radę. Bo dlaczego miałoby być inaczej? Przekonanie, że nie tylko ja umiem wszystko najlepiej, lecz także inni to potrafią, bardzo ułatwia życie. Oczywiście przez lata miałam wsparcie – pomagała mi rodzina, opiekunki, a moje dzieci wcześnie, bo już w wieku dwóch lat, poszły do przedszkola. Nigdy nad nimi przesadnie się nie rozczulałam, co nie znaczy, że nie kocham ich najmocniej na świecie. Po prostu zawsze ufałam, że świetnie sobie poradzą. A dzisiaj, gdy koleżanki martwią się syndromem pustego gniazda, ja myślę: „Będzie fajnie! W końcu będę miała więcej czasu dla siebie” (śmiech). Nie czuję, że muszę mieć dzieci przy sobie cały czas. Kocham je, daję im wszystko, co mogę, ale wiem, że nie jesteśmy jednością. To samodzielne jednostki, które zawsze będę wspierać z całych sił.

Prowadzisz na Instagramie profil @drjoannakuschill, na którym w dużej mierze edukujesz pacjentów. Lubisz to robić?

Zaczęłam prowadzić to konto w 2018 roku, po urodzeniu najmłodszej córki, jako motywator do powrotu do formy po porodzie. Początkowo skupiałam się głównie na aktywności fizycznej, ale z czasem profil nabrał charakteru edukacyjnego. Uznałam, że warto uświadamiać pacjentów – choć ruchu wciąż na nim nie brakuje! Moim zdaniem edukacja w obszarze medycyny estetycznej w Polsce nadal kuleje, dlatego staram się przemycać istotne treści. Chciałabym, by wśród Polek była większa świadomość tego, jakie zabiegi są bezpieczne i z czyich usług warto korzystać, by to bezpieczeństwo w trakcie zabiegu i po nim było faktycznie zapewnione. Nie robię tego już tak intensywnie jak na początku, bo wielokrotnie byłam atakowana. Nieraz dostawałam nieprzyjemne wiadomości, gdy mówiłam otwarcie, że stosowanie wypełniaczy czy toksyny botulinowej przez osoby bez medycznego wykształcenia jest niedopuszczalne. Teraz zastanawiam się, czy te ataki nie wrócą po tym wywiadzie (śmiech). Ale dla mnie to kwestia absolutnie bezdyskusyjna. Na Instagramie poświęciłam sporo miejsca powikłaniom, bo wiele osób wciąż nie zdaje sobie z nich sprawy. Jednak nie chcę straszyć medycyną estetyczną. Wolę pokazywać jej dobrą stronę – podkreślać, że warto o siebie dbać, ale bez przerysowanych efektów. Moich pacjentów mam głównie z polecenia, a nie z social mediów – trafiają do mnie pocztą pantoflową. Gdy zaczynają mnie obserwować, doceniają dawkę wiedzy, a do tego lubią podglądać moją codzienność. Choć jak każdy nie zawsze mam ochotę otwierać się bez ograniczeń i pokazywać swojego życia prywatnego od A do Z. Czasem jednak wiem, że warto się odsłonić, by pomóc innym. Tak było, gdy przyznałam się w social mediach do poronień. Straciłam aż cztery ciąże, a mimo to później urodziłam dwoje dzieci. Po tym wyznaniu mnóstwo kobiet pisało mi, że moja historia bardzo im pomogła i wsparła je psychicznie w dążeniu do macierzyństwa.

WYWIAD Dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda
Na dole od lewej: lek. Aneta Bembenek, dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda, lek. Anna Grodecka. W górnym rzędzie od lewej: mgr Sandra Sasinowska, mgr Julia Soboń, mgr Magdalena Królikowska, lic. kosm. Magdalena Gucik, mgr Agnieszka Iwańczuk, lic. kosm. Dominika Warchoł, mgr Marcin Dziurda, lic. kosm. Monika Wolska-Kruszyńska, lic. kosm. Monika Bujak, lek. Katarzyna Kłusek, mgr Sylwia Dziurda.

Często jesteś zapraszana do telewizji, zwłaszcza tzw. śniadaniówek. Nie stresują Cię występy na żywo?

Trochę mnie stresują, ale jednocześnie bardzo mobilizują. Uwielbiam ten dreszczyk emocji zarówno przed występem, jak i w jego trakcie. Cieszę się, że mogę dzielić się swoją wiedzą nie tylko na moich kanałach w social mediach, lecz także przekazywać istotne informacje szerszej publiczności.

Jak najlepiej odpoczywasz po ciężkim dniu albo gorącym okresie w pracy?

Oczywiście uciekam w sport, ale czasem po prostu marzę o gorącej kąpieli – i koniecznie o zamkniętych drzwiach, żeby za chwilę nie usłyszeć „mama!”. Chociaż… wiesz, nawet gdy się zamknę, moje córki potrafią przekręcić zamek, otworzyć drzwi i wejść, tylko po to, żeby postać obok i pogadać (śmiech).

Jak dzisiaj postrzegasz siebie jako kobietę? Czy podobasz się sobie bardziej niż wtedy, gdy miałaś 20 lat?

Oj, zdecydowanie bardziej podobam się sobie z upływem czasu. Kiedyś miałam dużo bardziej ekspresyjną mimikę i fatalny zgryz (śmiech). Powoli dojrzewam do tego, by wrzucić na social media aktualne zdjęcie zestawione z tym sprzed lat – to doskonały dowód na to, jaką znakomitą robotę potrafi zrobić medycyna estetyczna! W moim przypadku ogromną różnicę zrobiła też ortodoncja. Z wiekiem zaczynam doceniać to, czego wcześniej nie zauważałam i brałam za pewnik – przede wszystkim fakt, że jestem zdrowa, mogę ćwiczyć, mam mnóstwo energii i siły. Cieszę się, że wiele rzeczy w moim życiu się układa i że udało mi się spełnić marzenia z przeszłości. A wracając do twojego pytania – w ogóle kobiety po 40 podobają mi się bardziej niż 20-letnie. Mają swój wyrobiony styl, pewność siebie, wiedzą, czego chcą. Nie zwracają takiej uwagi na drobne niedoskonałości jak wtedy, gdy były młodsze. Widzą w sobie więcej dobrych cech niż kiedyś, postrzegają się jako wartościową całość. Są świadome, a poczucie spełnienia dodaje im kobiecości.

Czego powinnam Ci życzyć na zakończenie rozmowy?

Nie będzie to zaskakujące – przede wszystkim chciałabym być zdrowa, by móc dalej realizować swoje pasje, wychowywać dzieci i cieszyć się czasem spędzonym z nimi. No i może odrobiny szczęścia w życiu, bo przecież na Titanicu wszyscy byli zdrowi… (śmiech).

Rozmawiała Magdalena Błaszczak

Niniejszy przekaz ma charakter niepromocyjny, nie zawiera elementów wartościujących, wykraczających poza obiektywną informację i ma wyłącznie na celu podniesienie świadomości społecznej i poczucia odpowiedzialności na temat zabiegów medycyny estetycznej

Polecane artykuły

Drogi Użytkowniku!

Serwis internetowy www.estetyczny-portal.pl przeznaczony jest dla profesjonalistów, osób posiadających wykształcenie w zakresie medycyny estetycznej oraz dla przedsiębiorców zainteresowanych produktami medycyny estetycznej w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą.

Przechodząc dalej oświadczasz, że

Jestem świadoma/świadomy, że treści na stronie przeznaczone są wyłącznie dla profesjonalistów, oraz jestem osobą posiadającą wykształcenie w dziedzinie medycyny estetycznej tj.: lekarzem, pielęgniarką, położną, kosmetologiem, farmaceutą, felczerem, ratownikiem medycznym, lub jestem przedsiębiorcą zainteresowanym medycyną estetyczną w ramach prowadzonej działalności gospodarczej.

Estetyczny Portal
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.