Dorastała zawodowo w wymagających latach 80., kiedy dermatologia miała więcej ograniczeń niż możliwości, a młodzi lekarze uczyli się wytrwałości szybciej niż specjalizacji. Między dyżurami, macierzyństwem i codziennością, która nie rozpieszczała, zdobywała kolejne tytuły naukowe i uczyła się medycyny w jej niełatwym wydaniu. I chociaż prof. dr hab. n. med. Barbara Zegarska zaczynała w czasach, gdy dermatologia nie dawała satysfakcji, dziś współtworzy jej najbardziej zaawansowane oblicze.

prof. dr hab. n. med. Barbara Zegarska
Dermatolog, wenerolog i alergolog z ponad 40-letnim doświadczeniem. Absolwentka Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, specjalizacje z dermatologii i alergologii uzyskała z wyróżnieniem. W 1993 roku obroniła doktorat, a w 2010 roku habilitację z zakresu dermatologii. Przez wiele lat kierowała Wojewódzką Przychodnią Dermatologiczną w Bydgoszczy oraz Katedrą Kosmetologii i Dermatologii Estetycznej Collegium Medicum UMK. Jest konsultantem wojewódzkim ds. dermatologii i wenerologii oraz aktywnym członkiem polskich i europejskich towarzystw dermatologicznych.
Uzyskała Pani profesurę w 2018 roku. Czy kariera naukowa była Pani marzeniem od zawsze?
Zupełnie nie, w liceum marzyłam o tym, by zostać stomatologiem. Bardzo podobał mi się zawód dentysty i dostałam się na ten kierunek bez problemu. Jednak bliscy wywierali na mnie presję, żebym przyniosła się ze stomatologii na lekarski, ponieważ uważano wtedy, że bycie lekarzem jest bardziej prestiżowe. Dla mnie tak nie było, jednak pod presją mojego obecnego męża, jego i moich rodziców, machnęłam ręką i zgodziłam się przenieść po drugim roku. Udało się, bo miałam bardzo wysoką średnią. Muszę jednak przyznać, że na początku wcale nie byłam szczególnie zachwycona kierunkiem lekarskim, wciąż bardziej mi się podobała stomatologia. Już po studiach nigdy nie żałowałam tego wyboru, bo jednak medycyna dalej daje szersze pole do działania. W tamtych czasach marzyłam o tym, by być dobrym lekarzem, a nie profesorem. A chęć nauki i zdobywania tytułów naukowych była we mnie naturalna.
Wspomniała Pani o mężu już na początku studiów. Tam się poznaliście i zostaliście parą?
Na pierwszym roku byliśmy w jednej 70-osobowej grupie, a cały rok liczył wówczas około 300 osób i były to grupy lekarskie i stomatologiczne razem. Dopiero potem, po drugim roku, grupy się dzieliły na lekarskie i stomatologiczne. Mąż powiedział mi potem, że od razu mnie zauważył i postanowił, że będę jego dziewczyną. Miałam 19 lat, więc wiadomo, że w tym wieku nie podchodziłam do naszego związku śmiertelnie poważnie. Pochodziłam ze Szczecina, on z Gdyni, studiowaliśmy razem w moim rodzinnym mieście, mieliśmy mnóstwo znajomych i miłe życie towarzyskie. Nie pochodzę z rodziny lekarskiej, mama była ekonomistką, a tata inżynierem chłodnictwa. Z kolei rodzice męża oboje byli profesorami medycyny w Gdańsku. Ojciec – profesorem interny, mama, Zofia Zegarska – profesorką embriologii i histologii, współredaktorem najważniejszej książki dla każdego lekarza, a mianowicie „Anatomii człowieka” Bochenka, którą wspólnie z prof. Michałem Reicherem redagowała.
Czy po zmianie kierunku na lekarski nie brakowało Pani czasu na przyjemności i spotkania towarzyskie?
Studia medyczne chyba zawsze były dość trudnymi studiami, wymagały i nauki na pamięć, i bogatej wyobraźni. Myśmy nie mieli jednak dużo egzaminów w czasie sesji, zazwyczaj był to jeden, czasem trzy, chyba tylko raz zdarzyła się sesja, że było ich cztery. I pamiętam, że koledzy, którzy studiowali na uczelniach ekonomicznych lub na politechnice, dziwili się, że uczymy się do jednego egzaminu tak długo, a im to zajmowało kilka godzin lub dni. Na naszej szczecińskiej uczelni pytano na każdych zajęciach, więc zawsze musieliśmy być przygotowani. Bardzo trudnym i wymagającym przedmiotem była anatomia, jednak to wiedza, którą lekarz musi doskonale opanować na całe życie. A jeśli chodzi o życie towarzyskie, to zawsze miałam na nie czas. Młody człowiek ma mnóstwo energii, a ja do tego od zawsze byłam bardzo stadnym zwierzęciem, na studiach miałam mnóstwo kolegów i koleżanek, wielu przyjaciół jeszcze ze szkoły średniej, pełno kuzynostwa, dla których zawsze znalazłam czas, żeby się spotkać. Nie chodziłam na wielkie imprezy ani nie robiliśmy rajdów po klubach, bo nie było też takich możliwości. Pierwszym klubem, który odwiedzaliśmy z naszą paczką, był nasz klub studencki „Pod Wieżą”, potem dopiero powstał następny klub w nowo wybudowanym akademiku. Dzisiaj młodzież w Szczecinie ma o niebo więcej możliwości.

Skąd pomysł na dermatologię?
Wcale nie chciałam być dermatologiem. Naprawdę! Gdy już zostawiłam za sobą stomatologię, zapragnęłam być anestezjologiem. Anestezjologia mi się podobała niesamowicie, wydawało mi się, że to jedyna prawdziwa działka medycyny. Gdy studiowałam, nie było w ogóle modne wśród dziewczyn, by chodzić na dyżury. Oczywiście chłopcy uczęszczali na chirurgię lub ginekologię, bo to było ich marzeniem, żeby zostać typowym zabiegowcem: chirurgiem albo ginekologiem. Ja zaś chodziłam na dyżury jako pomoc pielęgniarki, żeby po prostu być na intensywnej terapii i podglądać pracę anestezjologów. Bardzo mi się ona podobała! Jednak po studiach przyjechaliśmy z mężem do Bydgoszczy. Plany były inne, bo mieliśmy tu zamieszkać na rok, trzy, góra pięć. Tak się złożyło się, że jesteśmy już ponad czterdzieści (śmiech). Na samym początku chcieliśmy się przenieść do Trójmiasta, ale gdy usłyszeliśmy, że z filii gdańskiej akademii medycznej i będzie prawdopodobnie utworzona bydgoska akademia medyczna, zaczęliśmy się mocniej zastanawiać. Wtedy urząd wojewódzki, który poszukiwał młodych lekarzy, nagle zaoferował nam na ostatnim roku studiów, gdy już byliśmy małżeństwem, trzypokojowe mieszkanie. To dopiero był przeogromna radość! Wówczas po ukończeniu pełnoletności na mieszkanie w Szczecinie lub w Trójmieście czekało się około 15 lub nawet 20 lat. A my jako młode małżeństwo, które bardzo chciało się usamodzielnić, dostało je od ręki. Tak wylądowaliśmy w Bydgoszczy. Mieszkaliśmy w bloku, gdzie na 10 mieszkań, dziewięć było zajętych przez młode małżeństwa lekarskie. A jedni byli strasznie starzy, bo mieli już 40 lat (śmiech). Na początku było mi trudno, bo mieszkając przez całe życie w Szczecinie, na co dzień otaczałam się bardzo liczną rodziną, kuzynostwem, przyjaciółmi. Tu byliśmy sami. Mieliśmy małe dzieci, mąż zaczął robić specjalizację z chirurgii, więc i ja zaczęłam się zastanawiać, jaką specjalizację robić. Nie kierowałam się wtedy ani sercem, ani marzeniami, tylko rozsądkiem. Pomyślałam, że mogłabym zostać okulistką, ale na 10 mieszkań w mojej klatce były już trzy okulistki. Więc stwierdziłam, że czwarta to będzie za dużo. Pediatria? Bardzo lubię dzieci, ale nie byłam pewna, czy chcę z nimi wciąż pracować. Koleżanki ze stażu namawiały: chodźcie pójdziemy wszystkie na dermatologię, ten kierunek nie sprawia kłopotów. Ja dodatkowo chciałam bardzo pracować w szpitalu, a nie w przychodni. Zgodziłam się i wybrałam więc dermatologię. Wtedy były też zupełnie inne czasy – to wcale nie był oblegany kierunek.
Jak wyglądała więc dermatologia w latach 80.?
Przede wszystkim nie dawała niestety satysfakcji, ponieważ nie mieliśmy ani odpowiednich leków doustnych, ani maści do leczenia zewnętrznego. Pacjenci na oddziałach leżeli głównie albo z owrzodzeniami podudzi, albo z ciężkimi łuszczycami, a leczenie tych schorzeń nie dawało dobrych efektów, było uciążliwe również dla lekarza. To była praca, do której nie zawsze chodziło się w dobrym nastroju, nie cieszyła. Dlatego w międzyczasie zaczęłam robić specjalizację z alergologii, a w Bydgoszczy była ona na bardzo wysokim poziomie, uczył jej prof. Bogdan Romański, internista, którego można nazwać „ojcem polskiej alergologii”. Nauka tego kierunku bardzo mnie cieszyła, wiele się nauczyłam, nie tylko samej alergologii skóry, lecz także innych narządów. Choć nigdy nie leczyłam ani nie leczę pacjentów alergologicznych z astmą oskrzelową, zachwyciło mnie interdyscyplinarne podejście. Ta specjalizacja dała mi szersze pole myślenia, pozwoliła rozwinąć razem z koleżanką alergologię u nas w klinice. Dopiero w połowie lat 90. dermatologia zaczynała się diametralnie zmieniać – powstawały nowe leki, steroidy, preparaty przeciwgrzybicze. W końcu dostaliśmy do dyspozycji izotretynoinę. Czyli zaczęło funkcjonować nowoczesne leczenie, które mamy w dużej mierze do dzisiaj. Współczesna dermatologia w stosunku do tej sprzed 40 lat to inna bajka. Dzisiaj dermatolog ma satysfakcję z tego, że ma efekty leczenia i że są one dość przewidywalne.
Czy przez ostatnie 40 lat wybrane choroby skóry stały się częstsze albo pojawiły się nowe? A może występują one w podobnej skali jak w przeszłości i to nieprawda, że np. trądzik jest epidemią ostatnich lat?
Obraz chorobowy schorzeń dermatologicznych, odkąd pamiętam, zawsze był taki sam, mamy wciąż te same choroby, ale mamy teraz dużo więcej satysfakcji z ich leczenia. Trądzik pospolity był zawsze i będzie, bo jest w dużej mierze związany ze zmianami hormonalnymi. Łojotokowe zapalenie skóry, trądzik różowaty,
łuszczyca występowały równie często. Dziś dużo więcej jest z kolei chorób alergicznych, kontaktowych, które obserwujemy i u dzieci, i u dorosłych. Dzisiaj czasem też trudniej postawić diagnozę, bo pacjenci mają dostęp do różnych preparatów i często sami próbują się leczyć, co może zamazać obraz choroby.
Obserwuje Pani rozwój medycyny estetycznej w Polsce od początku jej istnienia. Jak odmładzały się kobiety 40 lat temu?
Na pewno nie tak jak obecnie, bo nie mieliśmy takich narzędzi i możliwości. Oczywiście przechodzili pacjenci z trądzikiem różowatym, z różnego rodzaju przebarwieniami na skórze, istniały peelingi, robiliśmy np. pasty z rezorcyną i ichtiolem. Do prawdziwego rozwoju dermatologii estetycznej doszło dopiero na początku lat 90. Wówczas zaczęły się pojawiać nowe urządzenia i laseroterapia. Wcześniej zmiany likwidowało się albo za pomocą elektrokoagulacji, albo za pomocą krioterapii lub ewentualnie je wycinano. Nie stosowano jeszcze toksyny botulinowej, w polskiej medycynie estetycznej pojawiła się ona pod koniec lat 90. Nie było żadnych wypełniaczy ani biostymulatorów. Dbanie o młody wygląd opierano na zabiegach kosmetycznych: stosowało się różnego rodzaju kremy i zabiegi nawilżające skórę. Początek lat 2000. przyniósł prawdziwą lawinę rozwoju. Choć nie obyło się bez błędów. Pierwsze wypełniacze stworzone na bazie kolagenu zwierzęcego okazały się nieobojętne dla skóry i zdrowia. Stwarzały sporo problemów, bo wymagały przeprowadzenia różnego rodzaju prób, dopiero potem można było wykonać zabieg, a i tak efekty nie były tak dobre, jak chcieliśmy. Także pierwsze peelingi nie były tak doskonałe jak obecne.

Na ile jest Pani dermatologiem, na ile lekarzem medycyny estetycznej?
Łączę te działki od samego początku, a zaczęło się od tego, że robiąc doktorat, zajęłam się zgłębianiem tematu leczenia trądziku różowatego. Wiemy, że to choroba przewlekła dotyczy zwłaszcza kobiet. Gdy tylko zaczęły się pojawiać nowe preparaty i kremy, miałam coraz więcej pacjentów i pacjentek cierpiących na to schorzenie. I oni zaczęli do mnie wracać. Dermatologię stawiam na pierwszym miejscu, leczenie skóry sprawia mi ogromną przyjemność i satysfakcję. Przychodzą do mnie osoby, które kiedyś były podlotkami, gdy zaczynałam pracę, ich dorosłe dzieci, a nawet wnuki. Moim zdaniem medycyna estetyczna jest bardzo bliska dermatologii, zabiegi medyczne i estetyczne zawsze się przenikały w naszej profesji. Często łączę te dwie dziedziny, jednak my, dermatolodzy, zawsze trochę inaczej patrzyliśmy na skórę. Nigdy nie zależało nam za wszelką cenę na tym, by koniecznie wypełnić twarz i zlikwidować zmarszczki mimiczne za pomocą toksyny botulinowej. Chcieliśmy za to nauczyć pacjenta, żeby dbał o jakość skóry, jej grubość, gładkość, efekt „glow”, czyli o jej młody wygląd. Bo od tego zależy rezultat wielu zabiegów estetycznych. Dzisiaj bardzo się cieszę, że wielu lekarzy niebędących dermatologami też dba o jakość skóry. Tak samo jest ze stosowaniem fotoprotekcji. Pamiętam, jak robiłyśmy z koleżankami krem na bazie masła kakaowego, żeby się lepiej opalić. Wówczas mówiło się, że szkodliwe jest tylko promieniowanie UVB, a nie UVA, w związku z tym wiele osób chodziło do solarium. Dzisiaj gdy jeżdżę na wakacje, zawsze stosuję krem z filtrem 50+, przynajmniej na twarz szyję dekolt i grzbiety rąk. A i tak mnie słońce muśnie. I nigdy nie leżę na słońcu plackiem, bo skóra naprawdę ulega znacznemu zniszczeniu. I to widać w dermatoskopie. Wychodzę z założenia, że we wszystkim należy zachować umiar i zdrowy rozsądek. Po to jedziemy na wakacje, żeby się zrelaksować i mieć trochę luzu, a nie panicznie chować się przed słońcem. Jestem jednak wielkim przeciwnikiem smażenia się na plaży. Oczywiście słońce ma wiele zalet – przede wszystkim daje nam wyrzut endorfin. To widać np. w zachowaniu i temperamencie Skandynawów oraz radosnych Włochów. Dzieli je kolosalna różnica.
Od lat pracuje Pani z mężem. Nie jest trudno być razem zarówno w domu, jak i w pracy?
Zawsze z sobą współpracowaliśmy, mąż jest profesorem chirurgii onkologicznej i zajmuje się głównie chirurgią narządów wewnętrznych, zwłaszcza jelita grubego. Przyjmujemy wspólnie pacjentów ze zmianami w obrębie skóry: ja z reguły diagnozuję ich, wykonuję dokładną dermatoskopię i w zależności od rozpoznania podejmujemy decyzję, w jaki sposób będziemy te zmiany usuwać. Mamy ścisły podział. Wszystko, co jest podejrzane o zmianę nowotworową, wycina mój mąż. W przypadku pozostałych zmian, które są w 99 proc. nienowotworowe, najczęściej wykonuję zabieg sama za pomocą laseroterapii, elektrokoagulacji. Mąż nigdy nie zajmował się medycyną estetyczną i nigdy się nie będzie nią zajmował, kompletnie go to nie interesuje. Ja z kolei nigdy nie robię zabiegów typowo chirurgicznych, chociaż wydaje mi się, że potrafiłabym, bo wycinam zmiany nienowotworowe. Prowadzimy klinikę już 17 lat i muszę przyznać, że ta współpraca zdaje bardzo dobrze egzamin, choćby dlatego, że możemy pacjentów kontrolować nawzajem. Oczywiście nie da się nie przynieść pracy do domu, ale też nie widujemy się w naszej klinice codziennie. Chociaż ja pracuję tam każdego dnia, to mąż tylko dwa razy w tygodniu, ponieważ jego główna praca to tzw. duża chirurgia, więc większość czasu zawodowego spędza w klinice chirurgii onkologicznej. Oczywiście opowiadamy sobie w domu o trudnych przypadkach, ale nigdy nie ingerujemy w to, kto jak pracuje. Udało nam się utworzyć balans zawodowy.
Pobraliście się na studiach, zostaliście dość wcześnie rodzicami, pracowaliście i jednocześnie bez przerwy rozwijaliście się Państwo naukowo. Wszystko to w trudnych latach 80. Jak dawaliście sobie radę?
Żyjąc w ciężkich latach 80., w ogóle nie myśleliśmy, że są trudne, bo byliśmy bardzo młodzi i pełni entuzjazmu. Zresztą każdy miał wówczas tak samo, wszyscy jechaliśmy na tym samym wózku. To były czasy reżimu, dotykały nas trudności w zaopatrzeniu często dość podstawowych rzeczy. Przyjaciele, którzy byli naszymi rówieśnikami, mieli nawet po troje lub czworo dzieci. Wszyscy dużo się uczyliśmy, robiliśmy specjalizacje i doktoraty. Pamiętam, jak jako matka małych dzieci krążyłam między dyżurami w pogotowiu i szpitalu i zawsze starałam się te dyżury komuś „sprzedać”. Bardzo sobie nawzajem pomagaliśmy na co dzień i w pracy zawodowej. Nie było zazdrości i zawiści w pracy, której dzisiaj jest mnóstwo. Nie było internetu ani tylu mediów i mimo tego ogromnego nawału obowiązków mieliśmy czas dla siebie. Taka wtedy była rzeczywistość, nigdy na nią nie narzekaliśmy. Ale też inaczej jest, gdy człowiek ma energię, kondycję i siłę dwudziestoparolatka. Widzi wtedy ogrom możliwości i bardzo mało ograniczeń.
Kiedy pierwszy raz poczuła się Pani spełniona zawodowo?
Takim naprawdę spełnionym dermatologiem zaczęłam być na początku lat 90. Byłam już po specjalizacjach, pracowałam na uczelni i zaczęły się akurat pojawiać nowoczesne leki. To dało mi ogromne poczucie sprawczości i skuteczności.

Współtworzy Pani Kongres IADE, który bije rekordy popularności. Skąd ten pomysł?
Pod koniec lat 90. prof. Grażyna Broniarczyk-Dyła utworzyła Sekcję Dermatologii Estetycznej Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego. Potem dołączył do niej prof. Waldemar Placek, zaczęto organizować konferencje początkowo w Łodzi. Pierwsza konferencja dermatologii estetycznej w Bydgoszczy była już w 2002 roku. Pracowałam na uczelni, powstawał też kierunek kosmetologii, zaczęłam jeździć na zjazdy międzynarodowe. W 2018 roku zostałam przewodniczącą Sekcji Dermatologii Estetycznej Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego. Wówczas do zarządu zaprosiłam Marcina Ambroziaka i jeszcze kilka innych osób. Jesienią 2019 roku stworzyliśmy Jesienną Akademię Dermatologii Estetycznej w Sopocie i tak powstał skrót JADE. Zależało nam zwłaszcza z Marcinem, żeby ta konferencja była inna, z przytupem, bardzo nowoczesna. I udało się nam. Ale niestety pandemia COVID-19 wymusiła przerwę, kolejną konferencję zorganizowaliśmy w 2021 roku. Wówczas postanowiliśmy, że chcemy, żeby zawsze odbywała się w czerwcu. Trzecią konferencję zorganizowaliśmy już z firmą Bloch & Friends i wówczas nazwaliśmy to wydarzenie Innowacyjną Akademią Dermatologii Estetycznej. Bardzo spodobało nam się hasło „Jadę na IADE” i muszę też przyznać, że wspaniale nam się układała współpraca od samego początku. Nawzajem się inspirujemy, pomagamy, motywujemy. Cieszymy się, że ta konferencja jest tak popularna i z roku na rok gromadzi coraz więcej chętnych i coraz więcej sponsorów. Drobne niedociągnięcia, które mogą się zdarzyć i które widzimy, są naprawdę drobne, bo konferencja IADE jest jak wielkie przyjęcie, które wyprawia się w domu. Jeżeli zaprasza się do domu sto osób, to zawsze coś drobnego może pójść nie tak. Ale to drobnostki, których prawie nikt nie zauważa oprócz nas. Wkładamy w IADE serce i bardzo się staramy, żeby nasi goście czuli się nie tylko kolegami po fachu, lecz także gośćmi. Przecież bez uczestników nie ma konferencji, tworzymy ją razem. Wie pani, że Marcin jest bardzo przyjazną osobą, ja też uwielbiam ludzi. Jestem już w tym wieku, że mogłabym nic nie robić, ale organizacja tej konferencji i kontakt z naszymi gośćmi sprawiają mi ogromną przyjemność.
Dlaczego zdecydowała się Pani na tak bliską współpracę z Marcinem Ambroziakiem? Jak długo się znacie?
Marcina poznałam jako początkującego lekarza w połowie lat 90. Widywaliśmy się na kongresach, organizowaliśmy na początku lat 2000. warsztaty z toksyny botulinowej. Lubię go przede wszystkim za to, że jest bardzo otwarty, prawdomówny, przyjacielski i pełny empatii. O cokolwiek Marcina by się poprosiło, jeżeli może, to zawsze wszystko załatwi, pomoże i podpowie. Jest bardzo dobrym lekarzem, zajmującym się nie tylko medycyną estetyczną, jest świetnym dermatologiem i osobą, która chce i potrafi się dzielić wiedzą.
Obserwuje Pani polską medycynę estetyczną od początku. W którą stronę teraz się kierują trendy?
Przede wszystkim – co mnie bardzo cieszy – odchodzi się od efektu napompowanej twarzy u pacjentów, czyli od nadmiaru wypełniaczy. Wiem, że nadal takie zabiegi są wykonywane na życzenie, ale coraz więcej lekarzy ich odmawia. Medycyna estetyczna będzie szła w kierunku regeneracji skóry i utrzymania jej dobrej jakości. Bo skóra przecież musi być zdrowa, żeby można było w nią cokolwiek podać. Na pewno coraz większą rolę odegrają urządzenia, one są tak rewelacyjne, że potrafią skórę odpowiednio napiąć, przygotować, żeby wchłaniała różnego rodzaju substancje aktywne. Wie pani, każdy z nas się starzeje, tylko sztuką jest, żeby się starzeć ładnie. To właśnie będzie zasługą nowoczesnej medycyny estetycznej i regeneracyjnej.

Odebrała Pani profesurę, wcześniej robiła specjalizacje, doktoryzowała się. Uzyskała Pani wszystkie możliwe tytuły naukowe. Co dalej? Nie będzie Pani się nudziła?
Nigdy nie pracowałam po to, żeby osiągać jakieś wielkie tytuły. Oczywiście chciałam zrobić doktorat, to było według mnie naturalne, że trzeba go mieć. Pracowałam na uczelni, ponieważ bardzo lubiłam zajęcia ze studentami, więc byłam zobowiązana dostosować się i robić prace naukowe. Czy zawsze chciałam robić habilitację? Niekoniecznie, po prostu miałam już jakiś dorobek naukowy i w pewnym momencie poczułam, że warto. Poza tym synowie wydorośleli i miałam więcej wolnego czasu. Dla mnie jako lekarza zawsze najważniejsza była praca z pacjentem, a nie tytuły naukowe. Przez całe życie kluczowa była dla mnie rodzina, bo nie można się zatracić wyłącznie w pracy. Miałam wzór rodziny wyniesiony zarówno z własnego domu, jak i męża i dzięki temu mam przeświadczenie, że to nie sprawy zawodowe, tytuły naukowe, ale rodzina jest moim największym sukcesem. Dzisiaj stanowi moją bazę. Mam dwóch fantastycznych dorosłych synów, chociaż nie są lekarzami, obaj obronili doktoraty na naszej uczelni. To, co może być najwspanialsze dla matki – stworzyli fantastyczne rodziny i mam dwie cudowne synowe. To są raczej moje córki – zawsze chciałam mieć córkę, a tak mam teraz dwie. Mam wspaniałą wnuczkę, uroczego pięcioletniego wnuka. To ogromna radość, że mieszkamy w jednym mieście, spotykamy się, lubimy z sobą przebywać, nasze dzieci i całe ich rodziny dają nam dużą satysfakcję. To jest mój największy sukces życiowy. Oczywiście praca zawodowa, naukowa też dają olbrzymią satysfakcję. Jednak nigdy moim głównym celem w życiu nie było, by zostać koniecznie profesorem. Większym pragnieniem była zawsze chęć bycia rzeczywiście zawsze bardzo dobrym lekarzem. Jakie mam plany na najbliższą przyszłość? Zawsze bardzo dużo pracowałam, dlatego że mnie to cieszyło. Może miałam taki przykład z domu rodzinnego i moim wzorcem był tata, wykładowca w szczecińskiej Wyższej Szkole Morskiej, oraz moi teściowie – profesorowie medycyny. Wiedziałam, że jeżeli chcę być dobrym lekarzem, muszę się dużo uczyć. Nigdy na to nie żałowaliśmy z mężem ani czasu, ani pieniędzy. Jeździliśmy na wszystkie kongresy w kraju i za granicą, nikt nam ich nie sponsorował, nawet gdy nie było łatwo. Nie zamierzam rezygnować z pracy zawodowej, ale każdy medal ma dwie strony. Bardzo lubię też wypoczywać i mogę sobie w końcu na to pozwalać teraz częściej niż kiedyś. Zawsze kochałam jeździć na nartach, nawet nie samą jazdę, ale całą tą otoczkę: piękne Alpy z błękitnym niebem, pełnym słońcem, puszystym śniegiem, z kawą na szczycie i z bombardino po zjeździe razem z przyjaciółkami. Zawsze jeździliśmy z dzieciakami na wakacje, dopóki nie dorosły, z namiotem lub z przyczepą, żeby więcej pozwiedzać – takie były realia lat 80. Nigdy nie byłam na urlopie bez męża, zawsze jeździmy razem. Bez niego mogę jechać na konferencję, a na wakacjach lubimy z sobą być, wciąż po latach cenimy swoje towarzystwo, mąż jest moim wspaniałym przyjacielem. Doceniam fakt, że teraz mam dla siebie więcej czasu i mogę poleniuchować, zająć się swoim dużym ogrodem lub po prostu w nim pobyć, pojechać do gdyńskiego domu po rodzicach męża, położonego nad morzem. Lubię polecieć do naszego domu w słonecznej Hiszpanii. Wie pani, wychodzi na to, że bardzo lubię swoje życie, naprawdę!
Serdecznie dziękuję za rozmowę.

