fbpx

„Przede wszystkim nie szkodzić” – wywiad z dr n. med. Sybillą Brzozowską-Mańkowską

Autor Przemek
Sybilla Brzozowska-Mankowska

Podczas zabiegów zawsze kieruje się zasadą, żeby nie wypaczać tego, co stworzyła natura – nie zmieniać niepotrzebnie rysów twarzy, nie zamrażać mimiki. Dr n. med. Sybilla Brzozowska-Mańkowska uważa, że zasada „primum non nocere” obowiązuje również w medycynie estetycznej. Sprawianie, że ludzie wyglądają nienaturalnie to wyrządzanie krzywdy.

Magdalena Błaszczak: Czy pochodzi Pani z rodziny lekarskiej?

Sybilla Brzozowska-Mańkowska: Nie, jedyną osobą związaną z medycyną jest mój mąż, który pracuje jako ratownik medyczny. Dzięki temu, że pracuje w tym zawodzie, od zawsze doskonale się uzupełnialiśmy, wspieraliśmy i motywowaliśmy. Poznaliśmy się w bardzo romantycznym miejscu, na podjeździe dla karetek przed pogotowiem ratunkowym (śmiech). Każde z nas przyjechało swoją karetką, zaczęło się od przyglądania i wymiany zdań. Niedługo później zostałam przełożoną swojego przyszłego męża, objęłam kierownictwo nad stacją pogotowia ratunkowego w Nakle nad Notecią. Bardzo dobrze nam się nie tylko współpracowało, ale też rozmawiało, więc po dyżurach zaczęliśmy uciekać na jednodniowe wypady nad morze. W końcu stwierdziliśmy, że zostaniemy parą. Od 2011 roku jestem szczęśliwą mężatką, wzięłam ślub na życzenie swojego sześcioletniego syna, chociaż nigdy nie odczuwaliśmy potrzeby bycia w małżeństwie. Syn kończy w tym roku 18 lat i wiem, że nie zwiąże się z medycyną. Jest pasjonatem tańca towarzyskiego, finalistą mistrzostw Polski i wielu turniejów międzynarodowych. Uwielbia głównie taniec latynoamerykański i na pewno zwiąże swoje życie z muzyką.

M.B.:  Skąd się wzięło u Pani zainteresowanie medycyną?

S.B.-M.: Ta pasja zrodziła się we mnie bardzo wcześnie, gdy miałam zaledwie jedenaście lat. Straciłam wtedy tatę. Zmarł na rękach mamy, która go reanimowała. Zostałam oddelegowana do babci, bo mama musiała zacząć pracować. W tamtych czasach w moim rodzinnym mieście, w Łodzi, kobiety zarabiały niewielkie pieniądze. Babcia chorowała na serce i bardzo często dochodziło u niej do częstoskurczy napadowych. Pamiętam taką scenę z dzieciństwa, gdy jako mała dziewczynka siedziałam na korytarzu szpitala i wpatrywałam się godzinami w wielki zegar na ścianie. Babcia, mając atak częstoskurczu, i jadąc do szpitala nie miała co ze mną zrobić, więc zabierała mnie ze sobą. Na tych szpitalnych korytarzach od dziecka spędzałam już wtedy mnóstwo czasu. Śmierć taty i choroba babci zbiegła się z tym, że dostałam zapalenia wyrostka robaczkowego, powikłanego ropniem okołowyrostkowym. Trafiłam do szpitala, był to czas PRL. Widziałam wtedy jak bardzo cierpią tam dzieci. Postanowiłam więc, że zostanę chirurgiem dziecięcym i zrobię wszystko, żeby tak nie cierpiały. Bardzo dążyłam do tego celu przez całe życie. Niestety podczas moich studiów nie było koła naukowego z chirurgii dzieci, ale było koło pediatryczne. Pracowałam więc w nim przez cztery lata. W tamtym czasie przeżyłam ogromny zawód – pan profesor nie chciał mnie przyjąć na chirurgię dziecięcą, tylko ze względu na płeć. Popłakałam się, ale musiałam się z tym pogodzić. Ruszyłam dalej –  dostałam się na studia doktoranckie, otworzyłam specjalizację z pediatrii i przez przypadek pojechałam do Bydgoszczy na kurs specjalizacyjny z rehabilitacji dzieci i tam zostałam. Zaproponowano mi jako lekarzowi związanemu z wojskiem cztery razy wyższą pensję oraz mikromieszkanie.

M.B.: Dzisiaj może się Pani pochwalić kilkoma specjalizacjami.

S.B.-M.: Tak, jestem specjalistą anestezjologii i intensywnej terapii, specjalistą medycyny ratunkowej, mam pierwszy stopień specjalizacji z rehabilitacji medycznej, specjalizację z hiperbarii i medycyny nurkowej. 

M.B.: Dwie pierwsze wymagają zachowania zimnej krwi. Czy to dla Pani bardzo trudne?

S.B.-M.: Sytuacje stresujące zawsze mobilizują mnie, spinam się i zaczynam działać, gdy ode mnie i od moich szybkich decyzji decyzji wiele zależy. Zawsze byłam bardzo opanowana jeśli chodzi o kwestie ratowania życia i zdrowia. Ale w sytuacjach rodzinnych i towarzyskich bywam nerwusem. Nam lekarzom, zawsze gdy przegrywamy ze śmierci, gdy nie jesteśmy w stanie zrobić nic, te wydarzenia podcinają skrzydła. Nie zawsze jesteśmy w stanie zmienić lub uniknąć tego co się wydarzyło, ale zawsze powinniśmy  z takich sytuacji wyciągać wnioski. Jeżeli pracujemy zgodnie z algorytmem, wytycznymi, zrobiliśmy wszystko i dołożyliśmy wszelkiej staranności, aby udzielić danej osobie pomocy, nie powinniśmy mieć sobie nic do zarzucenia, możemy spokojnie spać i patrzeć z podniesioną głową w lustro. Każdy ratownik medyczny i lekarz ma tzw. mały cmentarzyk, czyli zgony, które pamięta. Mam nadzieję, że zostanę z tzw. carte blanche. Do tej pory, mimo doświadczenia i wieku, nie mam do siebie pretensji, że mogłabym coś zrobić inaczej. Każdą trudną sytuację, gdy pacjenta nie da się uratować, rozkładam w głowie na czynniki pierwsze kilkukrotnie, czasem nawet przez kilka dni. Mam wtedy duże oparcie w mężu.

M.B.: W jaki sposób, posiadając tyle różnych specjalizacji, zainteresowała się Pani medycyną estetyczną?

S.B.-M.: Przez całkowity przypadek. Na początku nie byłam superfanką tej dziedziny medycyny. Wszystko zaczęło się gdy pracowałam w klinice paraplegii pourazowej w wojskowym szpitalu w Bydgoszczy. Mój zakres leczenia stanowiły bardzo ciężkie przypadki rehabilitacyjne, np. pacjenci z czterokończynowymi porażeniami po skokach do wody, pacjenci po udarach. Wymagali bardzo intensywnej rehabilitacji. Dużo wtedy operowałam jako asystent, bo mój przełożony koniecznie chciał, żebym została ortopedą. Śmiał się, gdy odpowiedziałam, że gdybym chciała nim zostać to nie poszłabym na medycynę, ale do zasadniczej szkoły zawodowej budowlanej, żeby walić młotkiem i dłutem. Zrobiłam więc zamiast z ortopedii, specjalizację z rehabilitacji medycznej. Zajmowałam się głównie dziećmi pourazowymi i z mózgowym zapaleniem dziecięcym. Tych ostatnich było bardzo dużo, nie chodziły, bo napięcie mięśniowe kończyn dolnych było tak duże, że nie mogły stanąć na nogi i rozpocząć rehabilitacji. Mój kierownik Stanisław Sosnowski przywiózł z zagranicy taki pomysł, żeby zacząć wszczepiać pacjentom pompę baklofenową. Jako pierwsi w Polsce wszczepiliśmy tę pompę dziecku. Baklofen to lek, który zmniejsza napięcie mięśni. Podawany do kanału kręgowego dzieci powodował, ze napięcie to na tyle się zmniejszało, że mogły one być poddawane rehabilitacji i w rezultacie zaczynały chodzić. Jednak zanim podaliśmy baklofen, musieliśmy wykonać próbę toksyną botulinową. Ponieważ zużywałam olbrzymie ilości toksyn dla dzieci, ze świetnym skutkiem, firma zaproponowała mi możliwość wykorzystania toksyny botulinowej w innym zakresie. Skorzystałam z tej propozycji i  w ten sposób rozpoczęłam przygodę z medycyną estetyczną. To był rok 2004. 

M.B.: Jak wyglądała w tamtych czasach medycyna estetyczna?

S.B.-M.:  Wówczas pracowałam głównie z toksyną i kwasem hialuronowym. Od początku byłam zagorzałym przeciwnikiem permanentnego kwasu hialuronowego, czyli tzw. wypełniaczy stałych. Były one w tamtym czasie bardzo popularne. Przykładem jest permanentny wypełniacz, który podawało się np. w bruzdy nosowo-wargowe, i który miał wystarczać na wiele lat. I owszem wystarczał, ale zalegając tak długo w tkankach powodował odczyny ropne w latach późniejszych. Do dnia dzisiejszego, po dwudziestu latach od podania tego preparatu mam do czynienia z powikłaniami. Niedawno miałam pacjentkę, która zgłosiła się do mnie z gigantycznym ropniem, kilkanaście lat po jego podaniu. W tamtych latach nie wykonywało się zbyt dużo zabiegów mezoterapii. Zresztą w Polsce nie było wówczas zbyt dużo wiedzy na temat medycyny estetycznej, wszelkie nowinki przywoziliśmy zza granicy. Uważam, że medycyna estetyczna była jednak wtedy bezpieczniejsza, bo różnorodność zabiegów była mała. Wyłączając trwałe wypełniacze i ekspandery do piersi wykonane z materiałów, które się nie przyjmowały, nie było na rynku niebezpiecznych substancji.

M.B.: Posiada Pani tyle specjalizacji, jak obecnie wygląda Pani życie zawodowe?

S.B.-M.: Jeśli chodzi o medycynę estetyczną, zaczęłam od współpracy w 2004 roku z jedną z klinik w Bydgoszczy, następnie podjęłam pracę w Warszawie. W Zielonej Górze otworzyłam swoją klinikę w 2012 roku. A jeśli chodzi o pogodzenie medycyny estetycznej z innymi zobowiązaniami zawodowymi – z charakteru jestem osobą chłonną wiedzy. Nawet mama opowiada, że gdy byłam dzieckiem, karą dla mnie było nie to, że nie wyjdę na dwór, ale to, że nie usiądę do biurka. Czytałam ogromne ilości książek i tak jest do dzisiaj. Non stop jeżdżę szkolić się sama albo szkolić innych. Jestem nauczycielem akademickim na kilku uczelniach. Pracowałam w w Katedrze Anatomii Prawidłowej prawie 10 lat, gdzie nauczyłam się bardzo szczegółowo anatomii całego ciała. Obecnie pracuję nadal na Uniwersytecie Medycznym w Zielonej Górze. Uważam, że przekazywanie wiedzy jest miarą naszych umiejętności zawodowych. Robię to z pasją. Chciałabym robić w życiu dużo więcej, ale doba ma tylko 24 godziny. Podzieliłam swoją miłość do medycyny estetycznej z miłością do stanów nagłych. Bo nie mogę powiedzieć, że zrobiłam specjalizację z anestezjologii i intensywnej terapii z pasji do znieczuleń. Zrobiłam to z pasji do intensywnej terapii, bo brakowało mi tego w medycynie ratunkowej. Gdy pracowałam w karetce, wiedziałam doskonale co należy zrobić w warunkach przedszpitalnych, jak należy pacjenta ustabilizować, pomóc mu. Dostarczałam go do szpitalnego oddziału ratunkowego i traciłam feedback, nie wiedziałam co dalej się z nim działo. Nie wiedziałam też czy wszystkie moje działania były najlepsze dla pacjenta. Dlatego zrobiłam tę specjalizację. Wtedy nie można było robić jej z samej intensywnej terapii, tylko w połączeniu z anestezjologią. Jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Uważam, że mam cechy charakteru i predyspozycje do tak wymagających specjalizacji, byłoby nieracjonalne, żebym je tak zostawiła. 

M.B.: Dlaczego zdecydowała się Pani na przeprowadzkę do Warszawy?

S.B.-M.: Zrobiłam to trzy lata temu ze względu na syna. Jako 15-latek doszedł do wniosku, że chce się spełniać tanecznie, a w Zielonej Górze bardziej się nie rozwinie. Zapragnął poszerzać swoje umiejętności taneczne w Warszawie, o co nas bardzo prosił. Wiedzieliśmy, że nie może tu mieszkać sam, więc zdecydowaliśmy się z mężem, że przeprowadzę się z nim ja, bo łatwiej będzie mi znaleźć pracę. I tak też się stało. Obecnie jestem kierownikiem Bloku Operacyjnego w Instytucie Reumatologii, Gieriatrii i Rehabilitacji na Spartańskiej. Udało mi się przez ten czas stworzyć fantastyczny zespół. Dzisiaj na bloku operacyjnym bardziej zarządzam, niż znieczulam, chociaż ciągle mi się zdarza też znieczulać.

M.B.: Jak wygląda Pani czas wolny?

S.B.-M.: Jestem osobą, która ceni każdą minutę życia i potrafi ją maksymalnie wykorzystać. Zaczęłam to robić już jako nastolatka. Po śmierci taty nasza rodzina była bardzo biedna, wtedy wynagrodzenia kobiet były znacząco niższe niż mężczyzn, a babcia miała mikroemeryturę. Ciężko im było utrzymać dorastającą dziewczynę. Po ukończeniu matury, mimo tego że poszłam na medycynę, musiałam więc pójść do pracy, żeby na siebie zarabiać. Zaczęłam pracę na etacie, na zmiany, w pogotowiu ratunkowym oraz w wydawnictwie harcerskim, gdzie obrabiałam wieczorami i nocami zdjęcia do książek. Czas na naukę miałam kradziony, czyli głównie w drodze do pracy i na zajęcia, uczyłam się w tramwajach i autobusach. Jak wracałam z wydawnictwa o 2, a miałam egzamin następnego dnia, to stałam na jednej nodze, żeby nie przysypiać, tylko się uczyć. U mnie, brzydko mówiąc, nie było pustych przebiegów. Każda minuta była wykorzystana do granic absurdu, potrafiłam robić kilka rzeczy na raz. Oczywiście z racji wieku nie jestem już takim omnibusem, choć mój mąż mówi, że jestem jak thermomix (śmiech). Staram się tak gospodarzyć czasem, aby starczało go na wszystko.

I tak, mimo pracy w wielu miejscach, dużo czasu spędzamy z mężem na zawodach tanecznych, gdzie kibicujemy synowi. Czasem widzimy się na wspólnych dyżurach w pogotowiu, oczywiście mąż zawsze przywozi mnie i odwozi z lotniska. Wieczory mamy dla siebie. Znajduję też czas na spacer, siłownię, koncerty. Dzięki temu moje zdrowie psychiczne utrzymuje się na normalnym poziomie. Myślę, że jestem pracoholiczką, ale póki co, mam to pod kontrolą. Jednak nie potrafię inaczej. Na pewno moją zaletą jest dobra organizacja czasu.

M.B.:  Jakimi zasadami kieruje się Pani wykonując zabiegi estetyczne?

S.B.-M.: Aby przede wszystkim nie szkodzić i nie wypaczać natury. Każda z nas jest na swój sposób próżna i chciałaby wyglądać dobrze. Lubimy dobrze wyglądać, ale pod tym pojęciem kryje się wiele znaczeń. Są kobiety które chcą być jak celebrytki, bywają krępe brunetki, pragnące zostać długonogimi blondynkami o słowiańskiej urodzie. To tak, jakby przyszedł pacjent do lekarza i powiedział, że chce sztuczną nogę. Ja nie zajmuje się takimi rzeczami.  My, lekarze nie możemy wypaczać natury. Nie mówię o odmładzaniu lub podkreślaniu własnych rysów twarzy. Kierujmy się zasadą „primum non nocere” – przede wszystkim nie szkodzić. Jeżeli będziemy zmieniać rysy twarzy, zmienimy pacjentce mimikę. Dlatego zawsze w klinice proponuję wykonywanie zabiegów stopniowo, żeby ktoś nagle nie obudził się i nie wyglądał zupełnie obco, był niepodobny do siebie. Kiedyś śmieliśmy się z kolegami po fachu, bo mówiło się w naszej branży o tzw. czole lubuskim, dlatego że wszystkie kobiety w województwie lubuskim chciały mieć czoło na tzw. blachę, pozbawione jakiejkolwiek mimiki. Ja uważam, że mimika być zachowana w jakiś sposób, choć oczywiście być zmarszczek. Robiąc takie zabiegi jak „czoło lubuskie” doprowadzamy do całkowitego porażenia mimiki i zaburzenia naturalnego wyglądu.

M.B.: O ile lat można się odmłodzić w gabinecie medycyny estetycznej?

S.B.-M.: To bardzo osobnicze. Najbardziej spektakularnym przykładem jest moja pacjentka, która ma 58 lat i w ubiegłym roku wzięła ślub z partnerem o 26 lat młodszym. Goście na weselu twierdzili, że jest jego równolatką. Jak do tego doprowadziłyśmy? Pacjentka przede wszystkim zaufała mi i zaczęłyśmy serię różnych zabiegów od zabiegów, łącznie z mezoterapią i masażami podciśnieniowymi twarzy. To stymulowało kolagen i wspomagało naturalną regenerację skóry i jej zdolność do odnowy. Terapie trwały odpowiednio długo i były właściwie rozłożone w czasie. Najlepiej wyglądają te kobiety, które zaczynają przygodę z medycyną estetyczną bardzo wcześnie. Kiedyś byłam na wykładzie bardzo sędziwego profesora na kongresie w Monte Carlo, opowiadał o tym kiedy warto zacząć przygodę z medycyną estetyczną. Kiedy w trakcie wywiadu stwierdził, że najlepszy czas to ten gdy ma się 17-18 lat, cała sala zareagowała szmerem i pukaniem się w głowę. Wtedy powiedział, że jesteśmy lekarzami i najważniejsze to zapobiegać, a nie leczyć. Pokazał zdjęcia swoich dwóch pacjentek, fotografie wykonywane co dwa lata, od lat 20 do 46. I te pacjentki nie wyglądały inaczej, wyglądały na maksymalnie 22 lata. Wszelkiego rodzaju oznaki starzenia były usuwane na bieżąco. Gdy się o to dba w ten sposób regularnie, w wieku 60 lub 70 lat dana osoba nie będzie wygladała na więcej niż 40. Najlepszym przykładem jest Jennifer Lopez lub Shakira. 

M.B.:  Jakie są Pani plany na najbliższy czas?

S.B.-M.: Chciałabym nauczyć się języka włoskiego i hiszpańskiego, na razie korzystam z angielskiego, rosyjskiego i francuskiego. Marzy mi się spędzać więcej czasu w górach, uwielbiam po nich chodzić, przestrzeń mnie odpręża i relaksuje. Dzielimy tę pasję z mężem. Myślimy o tym, żeby zacząć tańczyć towarzysko. Widzę po synu jak taniec rozwija nie tylko jego ciało, ale też charakter. Bardzo podoba mi się stwierdzenie Igi Świątek, że mistrzami są najwytrwalsi, a nie Ci którzy błysną ogniem na chwilę. Mam się za osobę wytrwałą, jestem bardzo zdeterminowana do celu i uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. 

Moją pasją jest obecnie medycyna estetyczna po urazach i zabiegach onkologicznych. To niszowa grupa pacjentów, którzy nie mają dokąd udać się po pomoc. Radzenie sobie z urazami twarzy i czaszki po wypadkach komunikacyjnych niestety jest w Polsce w powijakach. NFZ nie płaci za tego typu zabiegi estetyczne, a wiadomo jaką traumę i uraz psychiczny powoduje wygląd oszpeconej osoby po wypadku. Również u pacjentów onkologicznych – skóra po radioterapii i chemioterapii wymaga specjalnego traktowania. Wiem o czym mówię, bo sama uległam bardzo ciężkiemu wypadkowi komunikacyjnemu na motocyklu. Wylądowałam twarzą w krawężniku, który wbił mi się łamiąc żuchwę i szczękę. Nie mam dołu twarzy, ani w ogóle swojej brody, mam w czterech miejscach złamaną żuchwę, wielokrotnie szczękę i wyrostki zębodołowe. Mimo tego dzisiaj nie straszę, żadna ze mnie piękność, ale wyglądam naturalnie. Niszą są też pacjenci z chorobami autoimmunologicznymi, przede wszystkim z niedoczynnością tarczycy, ale też z chorobami układowymi. Uważam, że kwas hialuronowy jest bezpieczny u tych chorych, jeśli zaczniemy podawać go od kończyn, na przykład od grzbietów rąk. Jeśli nie wywoła reakcji alergicznych, możemy podać go również w twarz. Niestety sterydy powodują duże spustoszenie w organizmie i proces starzenia zachodzi nieporównywalnie szybciej, niż u innych. Dlatego uważam, że medycyna estetyczna u chorych na wybrane schorzenia powinna się rozwijać.  Warto robić badania, napisać niejedną pracę i zainteresować tym lekarzy innych specjalizacji. 

„Nie marzyłam o sukcesie, pracowałam na niego” – wywiad z gwiazdą okładki „Estetycznego Magazynu”

Od 13 lat prowadzi w Koszalinie własną klinikę, której oferta dorównuje tym światowym. Dermalogica to nie tylko najwyższej jakości sprzęt i metody leczenia, to przede wszystkim doświadczony i doskonale wykształcony zespół. A wszystko zaczęło się od wielkiej pasji właścicielki kliniki do pracy. Jak mówi Edyta Słupczewska: „Pasja rodzi profesjonalizm, a profesjonalizm gwarantuje jakość”.

Niniejszy przekaz ma charakter niepromocyjny, nie zawiera elementów wartościujących, wykraczających poza obiektywną informację i ma wyłącznie na celu podniesienie świadomości społecznej i poczucia odpowiedzialności na temat zabiegów medycyny estetycznej.

POLECANE ARTYKUŁY

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności Akceptuję Polityka Prywatności

Polityka Prywatności
Serwis internetowy www.estetyczny-portal.pl przeznaczony jest dla profesjonalistów, osób posiadających wykształcenie w zakresie medycyny estetycznej oraz dla przedsiębiorców zainteresowanych produktami medycyny estetycznej w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą. Przechodząc do serwisu www.estetyczny-portal.pl oświadczam, że Jestem świadoma/świadomy, że treści na stronie przeznaczone są wyłącznie dla profesjonalistów, oraz jestem osobą posiadającą wykształcenie w dziedzinie medycyny estetycznej tj.: lekarzem, pielęgniarką, położną, kosmetologiem, farmaceutą, felczerem, ratownikiem medycznym, lub jestem przedsiębiorcą zainteresowanym medycyną estetyczną w ramach prowadzonej działalności gospodarczej.