Czy chirurg może „pokonać naturę”? Dr n. med. Piotr Florczuk-Dąbek opowiada o swojej drodze od przyszłego anestezjologa do specjalisty chirurgii plastycznej i rekonstrukcyjnej. W szczerej rozmowie mówi o trudnych doświadczeniach na sali operacyjnej, emocjach związanych ze śmiercią pacjentów oraz o tym, dlaczego w jego pracy najważniejsze są pokora, odpowiedzialność i uważne słuchanie drugiego człowieka.

dr n. med. Piotr Florczuk-Dąbek
Specjalista chirurgii plastycznej i ogólnej, absolwent I Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Do 2024 roku związany z Oddziałem Chirurgii Plastycznej, Rekonstrukcyjnej i Leczenia Oparzeń, gdzie pełnił funkcję zastępcy ordynatora. Współpracował także z Narodowym Instytutem Onkologii, gdzie zajmował się chirurgią rekonstrukcyjną oraz leczeniem nowotworów skóry. Ma duże doświadczenie w chirurgii ręki. W pracy stawia na naturalne efekty, bezpieczeństwo i dobrą komunikację z pacjentem. Prywatnie – mąż, ojciec, pasjonat motoryzacji, podróży i tenisa. Przyjmuje m.in. w klinice Hospittal w Warszawie https://hospittal.com
Czy zawsze od zawsze chciałeś zostać chirurgiem?
Tak naprawdę miałem być anestezjologiem. Stwierdziłem, że kompletnie się do chirurgii nie nadaję i mam dwie lewe ręce. Kiedy jednak byłem na praktykach, prof. dr hab. n. med. Edward Stanowski, ówczesny ordynator kliniki, powiedział, że zrobi ze mnie chirurga. Odpowiedziałem: „Panie profesorze, bardzo się pan zdziwi”. Ale finalnie to ja się zdziwiłem, bo nie dość, że zostałem chirurgiem, to jeszcze profesor został promotorem mojego doktoratu. Miałem szczęście, bo przez całe zawodowe życie towarzyszyły mi wielkie autorytety. Wśród moich mentorów znaleźli się: wspomniany prof. Stanowski, ale także prof. dr hab. med. Krzysztof Paśnik i dr n. med. Witold Sośnicki, a także śp. dr Wojciech Witkowski – mój kierownik specjalizacji z chirurgii plastycznej i wieloletni szef. To byli chirurdzy, którzy potrafili zoperować dosłownie wszystko i od których ja mogłem się uczyć. W tej chwili trochę czuję się jak dinozaur, bo dziś chirurgia opiera się na węższych specjalizacjach. Może to ma swoje zalety, ale moje pokolenie, czyli chirurgów, którzy potrafią operować prawie wszystko, chyba się kończy. Kilku kolegów, z którymi zaczynałem, pracuje w szpitalach pod Warszawą, jeden z nich został w naszej klinice macierzystej, a dr Piotr Furga, przy którym również dorastałem chirurgicznie – przedstawiciel ciut starszego pokolenia niż ja – pracuje ze mną teraz w Hospittal. Nie ukrywam, moje początki w zawodzie to było momentami pójście na żywioł. Po skończonym stażu trafiłem na chirurgię ogólną. Wtedy prof. dr hab. n. med. Krzysztof Paśnik przejął klinikę, w której było sto łóżek. Tam pracowało się jak przy taśmie, nikt nie pytał, czy się chce i ile umie, po prostu trzeba było działać i operować – oczywiście pod czujnym okiem specjalistów. To była z jednej strony szkoła przetrwania, a z drugiej niezwykły sposób na nabranie doświadczenia, za co jestem niezwykle wdzięczny. Kiedy szpital stał się mazowieckim centrum urazowym, trzeba było z kolei stworzyć oddział do leczenia urazów. I to była taka „kolonia karna dla skazańców”. Mówię to z przekorą, że profesor mnie tam „wsadził”. To nie była tylko chirurgia, ale mierzenie się z emocjami, walka z samym sobą, dość trudna. Bywało tak, że operowaliśmy, wiedząc, że rodzina pacjentki stoi pod drzwiami. I wtedy musiałem wyjść i powiedzieć, że 19-letnia dziewczyna właśnie zmarła na stole operacyjnym. To są sytuacje, które siedziały we mnie dość długo. Doktor Sośnicki, z którym dyżurowałem i operowałem przez lata, wtedy zawsze mówił, że mam się hartować, ale jak coś mnie przerastało, zawsze był obok i wspierał.
Nikt lekarzy przecież nie uczy radzić sobie z takimi emocjami.
To prawda, nikt nikogo nie uczy odporności psychicznej. I chyba nie da się tego nauczyć. Są dwa bieguny: jeden, bardziej mechaniczny, kiedy komunikuje się śmierć jako informację, bez analizy. To ten łatwiejszy sposób. Ale w drugim przypadku dociera do nas, lekarzy, że musimy przekazać te najgorsze wiadomości. Do dziś pamiętam 28-letniego chłopaka. Miał rozsianego raka żołądka, olbrzymią przetokę jelitowo-atmosferyczną i widać było po nim ogromnie cierpienie. W akcie rozpaczy wykonaliśmy operację paliatywną, by poprawić komfort życia. Zmarł na moim dyżurze, rodzina była przy nim. Pozwoliłem im być, ile chcą, nawet myślałem: „Jak mnie wyrzucą ze szpitala, to trudno”. Nad ranem odszedł, a ja musiałem to powiedzieć. To były codzienne sytuacje, ta śmierć była obok nas każdego dnia.
Czy w takich chwilach odbierałeś to jako osobistą porażkę?
Nie. Nie chodzi o poczucie zawodu. W chirurgii, szczególnie estetycznej, mówię pacjentom: nad naturą nikt nie zapanował ani nie zapanuje. Można tylko naprawić to, czego natura „nie dowiozła”. Paradoksalnie im więcej operowałem, tym więcej nabierałem pokory. Kompleks boga chirurgii łatwo nabyć, ale jego konsekwencje mogą być tragiczne.
Pracowałeś również na oddziale oparzeniowym, potem na onkologii.
To również nie był łatwy moment w mojej karierze, ale o takich sytuacjach trzeba mówić głośno, bo ludzie nie mają pojęcia, jak wygląda taka praca. Pamiętam pacjenta z oparzeniem 70 proc. powierzchni ciała, również III stopnia oraz oparzeniem dróg oddechowych, co w praktyce jest uważane za chorobę śmiertelną (według skali ryzyka zgonu Bulla-Fischera). Położyłem go na swoim oddziale. Jego żona powiedziała wtedy, że mają małe dziecko. Zostałem przy nim do rana, z całym zespołem, a potem pokłóciłem się (po koleżeńsku) ze wszystkimi na OIOM-ie, aż w końcu go przyjęli i kontynuowali leczenie. Udało się go ustabilizować na tyle, by można było operować. Przeżył. Gdy podarował mi pióro z dedykacją, wzruszyłem się jak nigdy. To jest prawdziwe i bardzo trudne oblicze chirurgii plastycznej poza gałęzią estetyczną: rekonstrukcje, oparzeniówka, chirurgia ręki. O tym rzadko się mówi. Podobnie jak o tym, co się dzieje w szpitalach onkologicznych, gdzie warunki pracy są niezwykle ciężkie. Tam większość pacjentów to chorzy wyniszczeni, panuje ogrom cierpienia i ciężko to udźwignąć. Operujesz 28-latka i wiesz, że do 29. urodzin nie dożyje. Mimo to robi się operację, by poprawić jego komfort życia w ostatnich miesiącach. To jedne z najtrudniejszych procedur do wykonania. Pacjenci onkologiczni są niedożywieni, po radioterapii, często mają bardzo, kruche tkanki, a ubytki trzeba dosłownie łatać „czymkolwiek”, naprawiać, stosując płaty skórno-tłuszczowe, mięśniowo-skórne. Ogromny stres, fizyczne i psychiczne wyczerpanie, no a efekt nie zawsze bywa wdzięczny. Ponadto mikrochirurgia – wyczerpujące fizycznie, długotrwałe operacje, polegające na zespalaniu struktur mających np. 2–3 mm średnicy. To dlatego ludzi zajmujących się rekonstrukcjami w Polsce można policzyć na palcach dwóch rąk.

W końcu odszedłeś ze szpitala. Czy trudno było się odnaleźć w innej rzeczywistości?
Czasem myślę, że żyjemy w naprawdę smutnych czasach, a ja do końca nie wpisuje się w tę epokę. Kiedy odszedłem ze szpitala, na początku poczułem, że nikogo nie obchodzi, co umiem, bo dla wielu pacjentów ważne są zdjęcia z celebrytami i liczba followersów na Instagramie. Odniosłem wrażenie, że niewielki procent naprawdę sprawdza lekarza, jego specjalizację, doświadczenie, a o Centralnym Rejestrze Lekarzy nikt nie słyszał… Zaskoczył mnie fakt, że lekarz bezwzględnie musi mieć konto na Instagramie. Oczywiście je założyłem, ale staram się prowadzić je (przy ogromnym wsparciu profesjonalistów) na swój sposób, żeby to był profil edukacyjny. Nie chcę kolorować rzeczywistości, tylko mówić o tym, gdy coś się nie udaje. W środowisku lekarskim trudno się mówi o porażkach, ale one naprawdę są i dotyczą każdego z nas. W marcu trafiłem do kliniki Hospittal, gdzie tak naprawdę mogę się spełnić zawodowo. Tu wykonuję zarówno zabiegi chirurgii plastycznej, jak i rekonstrukcyjnej, mam potężne zaplecze sprzętowe i ludzkie, no i ogromne wsparcie dyrekcji.
Pamiętasz swój pierwszy zabieg wykonany w Hospittal?
Jedną z pierwszych operacji zrobionych tutaj była rekonstrukcja ścięgna na stopie u pacjenta po wypadku motocyklowym. Miał opadającą stopę, uszkodzony nerw strzałkowy, co powodowało także tzw. pronację, czyli stopa „skręcała” do środka. Bez specjalnej ortezy nie był w stanie chodzić. Dodatkowo miał dużą odleżynę na podeszwie. Razem z dr. Pawłem Dybciakiem wykonaliśmy u niego operację polegającą na przeniesieniu jednego ze ścięgien z tylnego przedziału podudzia na stopę. Dzięki temu udało się ją unieść, ustawić prawidłowo i umożliwić pacjentowi normalne chodzenie. Teraz funkcjonuje, kąpie się samodzielnie, więc przywróciliśmy mu taką podstawową, codzienną sprawność. Żeby efekt był tak spektakularny, ważna jest praca całego zespołu, a tu w Hospittal pracuję z najlepszymi. Warto podkreślić ogromną pracę lekarza prowadzącego pacjenta ambulatoryjnie, który długo walczył z zakażeniami i doprowadził ranę do stanu chirurgicznej czystości, co dopiero umożliwiło rekonstrukcję. Równolegle w Hospittal wykonuję także zabiegi estetyczne, czyli plastykę piersi, brzucha, blefaroplastykę, a także te z dziedziny chirurgii ręki. Przeprowadzamy też operacje rekonstrukcyjne i usuwamy duże nowotwory z twarzy czy trudnych miejsc na ciele, które wymagają przeszczepów skóry lub plastyk płatowych. Dziś np. jeden z pacjentów przyszedł na kontrolę z wynikiem histopatologicznym i już wiem, że nowotwór został usunięty w całości. Fakt, że mogę uznać pacjenta za zdrowego, jest dla mnie najlepszą nagrodą. W mojej pracy codziennie dzieje się coś niezwykłego.
Wykonałeś w Hospittal także operację na skalę światową. Z tego, co wiem, nikt nie chciał się tego podjąć…
Z tą skalą światową to bym nie przesadzał, ale tak, mowa o Kamilu, pacjencie, który od urodzenia cierpi na mikrocję, czyli niewykształcenie małżowiny usznej. To trudny problem, bo chirurgia rekonstrukcyjna bywa kapryśna i nigdy nie gwarantuje efektu identycznego z naturą. W jego przypadku efekt pierwotnie wykonanej lata temu operacji rekonstrukcyjnej był zadowalający, aż doszło do zapadnięcia chrząstki, co spowodowało, że ucho było tak mocno przyklejone do czaszki, że pacjent nie mógł nawet nosić okularów. Wraz z dr. Pawłem Dybciakiem planowaliśmy na początku zabieg dwuetapowy: pobranie chrząstki z żebra, wymodelowanie nowego ucha, wszczepienie go w powłoki brzucha, tak by nabrał unaczynienia, później usunięcie starej małżowiny i rekonstrukcję z użyciem wszytej w powłoki chrząstki oraz matrycy tkankowej i przeszczepów skóry. W trakcie operacji okazało się jednak, że konstrukcja jego ucha nie jest aż tak zła. Szkielet był na tyle mocny i stabilny, że można było na nim dalej pracować. Pobraliśmy więc mniejszy fragment chrząstki z żebra, umieściliśmy go na szczycie ucha, a całość wymodelowaliśmy przy użyciu piły piezoelektrycznej, czyli niezwykle precyzyjnego narzędzia, które bardzo ułatwia nam pracę. Kiedy wykonywano u Kamila poprzednią operację, takie narzędzie nie było dostępne. Finalnie zabieg okazał się mniej inwazyjny, niż zakładaliśmy, choć nadal bardzo trudny. Ucho jest teraz obrzęknięte, ale wygląda inaczej niż przed operacją i jest odsunięte od czaszki. Pacjent już zauważył różnicę, bo po raz pierwszy raz od lat może wsunąć palec za ucho. Najważniejsze jest to, że gojenie przebiega prawidłowo, nie ma martwicy. Sam nie wiem, dlaczego wcześniej odmówiło mu tysiące lekarzy. My w sumie też zakładaliśmy, że będzie trudniej, niż było.

Dużo mówisz o pacjentach, dla których operacja oznacza powrót do normalności, przywraca komfort życia. Ale w zawodzie chirurga z pewnością zdarzają się osoby, które mają skłonność do przesady w kwestii poprawek. Co wtedy?
Nierzadko spotykam się z pacjentami z dysmorfofobią. To znów jest znak naszych czasów, kiedy zwłaszcza w social mediach wszyscy starają się dążyć do doskonałości. Ale natura nie jest idealnie symetryczna i moim zdaniem nie ma sensu walczyć o każdy milimetr. Trzeba mieć pokorę i umieć powiedzieć „nie”. Można być potem krytykowanym, bo ktoś pójdzie do innego chirurga, który jednak wykona zabieg wbrew zdrowemu rozsądkowi. W estetyce zależy mi na naturalnym efekcie. Najlepsze, co pacjent może powiedzieć, to: „Wszyscy mówią, że wyglądam jakoś inaczej, ale nie wiedzą, co się dokładnie zmieniło”. To jest dla mnie znak, że operacja została prrzeprowadzona dobrze. Nie wykonuję zabiegów, które uważam za nieadekwatne, np. bardzo dużych implantów u drobnych kobiet. Po co proponować bardzo szczupłej pacjentce implanty 320–330 ml jako „minimum”? Dla mnie to za dużo, bo liczą się proporcje, a nie spektakularny, a nawet karykaturalny efekt. Największym przeciwwskazaniem do operacji jest w niektórych przypadkach… sam pacjent. Jeżeli oczekiwania są nierealne, po prostu odmawiam.
Podstawą jest więc chyba dobre poznanie pacjenta i jego oczekiwań?
Zdecydowanie, konsultacja to jest podstawa mojej pracy. Dużo rozmawiam z pacjentami przed zabiegiem. Jeśli wiem, że ktoś inny zrobi coś lepiej, mówię o tym wprost. Na przykład nie operuję nosów, bo kompletnie nie czuję tych operacji. Nie mam problemu z tym, żeby przyznać, że w czymś nie czuję się mocny. W Hospittal mam kolegów, którzy wykonują świetnie plastykę nosa i z miłą chęcią kieruję do nich pacjentów.
A w czym poza rekonstrukcjami czujesz się najlepiej?
Zdecydowanie są to wszelkiego rodzaju operacje piersi, zarówno powiększenia, jak i zmniejszenia, czyli mastopeksje. Dają dużo satysfakcji, bo efekt jest natychmiastowy, a pacjentki zwykle bardzo go doceniają, bo to zdecydowanie poprawia ich komfort życia, przywraca pewność siebie. Lubię też abdominoplastykę, chirurgię ręki oraz operacje powiek, które są na pograniczu estetyki i leczenia, poprawiają pole widzenia i odmładzają oko. Wykonuję też liftingi, zarówno twarzy, szyi, skroniowy, brwi, często jako uzupełnienie blefaroplastyki. Wracając jeszcze do konsultacji przed zabiegiem, dla mnie ważne jest działanie rozsądne i hybrydowe. Nie rzucam się od razu „z nożem” na pacjenta, bo jeśli widzę, że można uzyskać efekt mniej inwazyjnymi metodami, zaczynamy od nich. Chirurgia zawsze niesie ryzyko i trzeba je szczerze z każdym omawiać. Pacjenci są coraz bardziej świadomi, więc ci rozsądni wybierają lekarzy odpowiedzialnie, takich, którym naprawdę ufają. Ostatecznie najważniejsze jest przecież to, by każdy zabieg, niezależnie od skali, był przeprowadzony z pełną świadomością, odpowiedzialnością i realną korzyścią dla pacjenta, bo tylko wtedy chirurgia ma prawdziwy sens.
Dziękuję za rozmowę.
