Doświadczenie, pokora i doskonałe rzemiosło. To filary, na których dr Marek Szczyt zbudował swoją pozycję jednego z najbardziej cenionych chirurgów plastycznych w Polsce. Redaktor naczelnej „Estetycznego Magazynu” Magdalenie Błaszczak opowiada o drodze do sukcesu, kulisach zawodu oraz o tym, dlaczego mimo wieku emerytalnego nie zamierza rezygnować z operowania.

lek. Marek Szczyt
Jeden z najbardziej cenionych chirurgów plastyków w Polsce. Absolwent Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej. Pracował w Klinice Chirurgii Instytutu Hematologii w Warszawie, gdzie zdobył specjalizację z chirurgii ogólnej. Przez siedem lat operował w Szpitalu Chirurgii Plastycznej w Polanicy-Zdroju. Specjalizuje się w chirurgii rekonstrukcyjnej, mikroskopowej i zabiegach twarzowo-szczękowych. Przez pięć lat pracował w Centrum Zdrowia Dziecka. Jest członkiem zarządu i rzecznikiem Polskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej.
Przyznał Pan skromnie w naszym wcześniejszym wywiadzie, że zaPana sukcesem zawodowym stoi sporo szczęścia, bo droga do zrobienia specjalizacji w żaden sposób nie była usłana różami.
O tak, początki były zupełnie niełatwe. Zresztą o tym, że chirurgia plastyczna w ogóle istnieje, dowiedziałem się dopiero na czwartym roku studiów. Wtedy ciągle biłem się z myślami, jaką specjalizację wybrać, wiedziałem, że muszę być zabiegowcem, a nie np. internistą lub kardiologiem. Pociągała mnie praca przy stole operacyjnym, dlatego rozpatrywałem ginekologię lub chirurgię. Pierwsze zajęcia chirurgiczne poprowadził z nami asystent, który właśnie wrócił po wakacjach z Polanicy, gdzie odbywały się szkolenia dla chirurgów ogólnych z chirurgii rekonstrukcyjnej. Były to podstawowe szkolenia: jak szyć rany, żeby blizny były mało widoczne, jak zaopatrywać oparzenia. I zaczął nam przejęty opowiadać o tym, co po raz pierwszy w Polanicy zobaczył: o rekonstrukcji uszu, nosa, przesuwaniu szczęki, oczodołów. W ogóle żeśmy nie zdawali sobie sprawy z tego, że medycyna może mieć takie możliwości! Od razu zaświeciły mi się oczy i poczułem, że właśnie to chcę w życiu robić. Zacząłem więc szukać informacji, ale było ich mniej niż skromnie. Jeden z kolegów zdobył dla mnie skrypt podstaw chirurgii plastycznej, przygotowany przez profesora Kraussa. To była cieniutka książka z rysunkami, pamiętam, że oglądałem ją z takim przejęciem, jakbym miał w rękach niesamowitą publikację science fiction.
W obliczu dzisiejszego zalewu książek na ten temat aż trudno uwierzyć, że o chirurgii plastycznej się nie pisało.
Nie miałem dostępu do żadnych innych książek. Na szóstym roku zwierzyłem się opiekunowi kółka ginekologicznego, na które uczęszczałem, że marzę o chirurgii plastycznej. Ku mojej radości ten zaanonsował mnie na rozmowę w sprawie otwarcia specjalizacji w Warszawie. Marzenie stawało się więc coraz bardziej realne, choć trudno było uwierzyć, że właśnie mnie, zwykłemu, młodemu lekarzowi, może się ono spełnić. Profesor Krauss jako warunek postawił mi najpierw zdobycie specjalizacji z chirurgii ogólnej. Długo szukałem miejsca, ale zrobiłem ją w Instytucie Hematologii w Warszawie. Niestety, gdy do niego wróciłem, powiedział, że otwartej specjalizacji już nie ma. Pamiętam to jak dziś – poczułem, jakbym dostał w głowę, powiedziałem więc do żony: „Wynieśmy się z Warszawy, pojeździmy po Polsce i poszukamy dla mnie miejsca, gdzie zrobię tę specjalizację”. Było nam łatwiej, bo nie mieliśmy jeszcze dzieci, a że mekką chirurgii plastycznej była Polanica, na majówkę ruszyliśmy właśnie tam, by pierwszego dnia po weekendzie porozmawiać o pracy. Na miejscu przeprowadziłem rozmowę z bardzo surowym profesorem Kobusem, który mimo że kompletnie nie okazywał uczuć, powiedział: „Widzę, że z pana dobry człowiek. Może więc będzie z pana dobry chirurg. Proszę zadzwonić jesienią, bo wtedy zwolni się miejsce”. Zgodnie z ustaleniami kilka miesięcy później zadzwoniłem, miejsce się zwolniło i tak zacząłem specjalizację w Polanicy. Żona została w Warszawie, bo tam miała pracę i przez kilka lat prowadziliśmy niełatwe życie, bo dojeżdżaliśmy do siebie na zmianę w weekendy ponad 500 km W końcu gdy okazało się, że spodziewa się pierwszego dziecka, zamieszkaliśmy razem. A niedługo potem urodziła się druga córka i wróciliśmy do Warszawy. Uważam, że za moją karierą kryje się dużo szczęścia.
Ma Pan za sobą 35 lat pracy w zawodzie. Czy nie szkoda Panu trochę, że zrezygnował z chirurgii rekonstrukcyjnej?
Bardzo szkoda. Miałem ogromnego kaca, kiedy zacząłem uprawiać tylko chirurgię estetyczną. Zrobiłem specjalizację w Polanicy, tam spędziłem siedem lat i zajmowałem się tylko rekonstrukcjami, miałem nimi „nabite” ręce. Więc gdy przyjechałem z Polanicy do Warszawy pracować jako chirurg estetyczny, poczułem się bardzo źle. Pomyślałem: „Boże, głowę mam pełną wiedzy po niedawno zdanym egzaminie, ręce nabite, a teraz mam tylko obcinać powieki i naciągać? Kim ja się stałem?”. Poczułem się wręcz nieco lepszą kosmetyczką, więc żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, zacząłem szukać pracy w szpitalu państwowym w Warszawie. Przeszedłem kilka miejsc ze swoją kandydaturą, niestety w większości nie znalazłem zrozumienia dla potrzeb zatrudnienia chirurgia plastyka. Przeciwne zwłaszcza było środowisko lekarskie.
Sądzili, że będzie Pan w ten sposób gromadził prywatnych pacjentów do operacji estetycznych?
Tak, a ja już byłem ekspertem w leczeniu odleżyn, nowotworów, oparzeń. W końcu udało mi się zatrudnić w Centrum Zdrowia Dziecka. Tam przyjmowałem na część etatu i operowałem dzieci z wadami wrodzonymi, z nowotworami. Najmłodsze, które zoperowałem razem z neurochirurgami, miało siedem dni i nowotwór oka większy od główki. Do tej pory żyje, a jego mama przesyła mi zdjęcia. Czy taka praca nie daje ogromnego kopa satysfakcji? Niestety, po pięciu latach miałem w klinice tylu pacjentów, że musiałem się wycofać i długo potem jeździłem tylko jako wolontariusz, na wezwanie. Do tej pory od czasu do czasu dzwonią do mnie w sprawie konsultacji. Moim zdaniem chirurgia rekonstrukcyjna jest dużo ciekawsza. I daje ogrom satysfakcji.
Czy zakładając klinikę, chętnie dzielił się Pan doświadczeniem z młodszymi chirurgami?
Tak, w przeciwieństwie do lekarzy, od których sam kiedyś chciałem się uczyć. Na początku pracowałem sam, a gdy przybywało pacjentów, dołączył do mnie doktor Potocki. Chirurdzy, którzy przychodzili do pracy, w dużej mierze chcieli podpatrzeć nas przy stole operacyjnym. A w tamtych czasach wiedza na temat chirurgii estetycznej była tajna, nawet w czasie specjalizacji nie rozmawiało się na temat zabiegów estetycznych. Nie analizowało się ani nie operowało razem. Chirurgia estetyczna była w gabinetach prywatnych, a w szpitalu – wyłącznie ta rekonstrukcyjna. Pamiętam jeszcze, gdy starałem się podpatrzeć operację jako młody lekarz, z pewnym profesorem robiliśmy plastykę brzucha. Gdy kończyliśmy, polecił mi zszyć powłoki, a sam zaczął robić blefaroplastykę. Starałem się zaglądać zaciekawiony, żeby się dowiedzie, w jaki sposób on w ogóle te powieki robi. Na co on mnie szybko zganił: „Nie ma pan tam swojej roboty?”.
W swojej klinice zatrudniał Pan od początku tylko tych chirurgów, których pracę obserwował przy stole operacyjnym?
Tak, albo widziałem ich umiejętności w trakcie operacji, albo później podczas szkoleń wszczepiania implantów. W ten sposób budowałem zespół. Zdarzało mi się na początku podjąć nietrafioną decyzję, bo np. osoba, która ma bardzo dobre umiejętności w asystowaniu, może wcale nie być dobrym operatorem. Gdy dobry asystent ma sam podejmować decyzje w trakcie zabiegu, to one wcale nie muszą być trafne. Za to mogę się pochwalić tym, że ode mnie ludzie nie odchodzą, staram się, żeby było im u mnie dobrze. Bardzo cenię mój zespół i za profesjonalizm, i za to, że potrafimy tworzyć niemal rodzinną, miłą atmosferę.

Mówi się, że powikłań nie ma ten, kto nie wykonuje zabiegów. Czy po tylu latach wciąż się one Panu zdarzają?
Przyznam, że teraz bardzo rzadko, w przeszłości było ich więcej, zwłaszcza w zabiegach chirurgii rekonstrukcyjnej, w której do pewnego stopnia trzeba czasem zaryzykować z tkankami, np. przenosząc je z jednego miejsca w drugie. Tamte początkowe porażki, choć oczywiście przeżywaliśmy bardzo, były jednak łatwiejsze do zrozumienia, bo mocno wpisane w ryzyko zabiegu. Oczywiście przez te lata zebrało się wiele nieprzespanych nocy i analiz, co można byłoby zrobić lepiej. Teraz prawie się nie zdarzają choćby dlatego, że wykonuję mnóstwo takich samych zabiegów, a gdy powtarzalność jest duża, to doświadczenie rośnie szybko. A najgorsze wątpliwości pojawiają się, gdy dochodzi do powikłania. Wówczas chodzą po głowie różne rzeczy i zawsze postrzega się je jako pewien rodzaj porażki. Z doświadczenia wiem, że to ludzkie, te sytuacje uczą nas pokory i uważności na przyszłość.
Obserwuje Pan młodszych kolegów pracujących w tym zawodzie. Jakie według Pana cechy powinien mieć dobry chirurg plastyczny?
Przede wszystkim mnóstwo nabytych umiejętności, czyli tzw. nabitą, wyoperowaną rękę. I właśnie tego uczy nas w dużej mierze chirurgia rekonstrukcyjna – jak się obchodzić z tkankami, żeby ich za bardzo nie uszkodzić, a przerobić tylko tyle, ile to niezbędne. Tu poznajemy różne techniki, których nie pozna lekarz niebędący chirurgiem, a chcący zajmować się chirurgią estetyczną. Dobry plastyk powinien być doświadczonym w swoim rzemiośle, w bardzo szerokim zakresie, a nie tylko np. w plastyce uszu.
Czy w tej dziedzinie trzeba być znawcą piękna, czy wystarczą umiejętności techniczne?
Moim zdaniem chirurg plastyczny może być „techniczny”, dlatego że nasze rzeźbienie opiera się na korygowaniu wady. Jeśli ktoś ma brzydki nos, to przerabiamy go tak, by był ładny, według tzw. normy estetycznej. Więc chirurg techniczny, bez specjalnego artystycznego zmysłu piękna, nie jest dużo gorszy lub lepszy od takiego, który ten zmysł ma. Jednak większość z nas w tej branży jakieś zdolności artystyczne posiada, znam wielu chirurgów, którzy malują, grają na instrumentach, piszą poezję. Moim zdaniem nie trzeba być artystą, żeby być chirurgiem plastykiem, ale to w pewnej mierze trochę pomaga. W chirurgii trzeba się wykazać dużą dozą cierpliwości, bo czasami są to żmudne zabiegi wymagające ogromnej koncentracji. Liczy się też cierpliwość i umiejętność czytania człowieka – bycie trochę psychologiem, żeby dowiedzieć się, jakie są prawdziwe oczekiwania pacjenta. Moim zdaniem warto też być zwyczajnie dobrym człowiekiem, by umieć doradzić, czasem odmówić zabiegu z troski o jego dobro.
Podobno lifting deep plane wykonuje Pan w zaledwie trzy godziny, podczas gdy kolegom zajmuje to ponad dwa razy więcej czasu.
Tak, ale wynika to z tego, że ja już swoje widziałem, przeżyłem, otwierałem i zszywałem te tkanki tak wiele razy, że wiem, gdzie mogę spotkać tzw. niebezpieczeństwo, a nad czym nie warto się zastanawiać. Czyli zwyczajnie – mam „nabitą” rękę, podczas gdy koledzy działają pokorniej, bo jeszcze nie wszystko widzieli. A za to dużo słyszeli, co się może zdarzyć.
Czy teraz więc podchodzi Pan do zabiegów bardziej rutynowo i się nimi mniej przejmuje?
Wręcz przeciwnie – teraz jeszcze bardziej się emocjonuję niż na początku. Bo na początku nie znałem wszystkich zagrożeń. A teraz z większością już miałem do czynienia i niestety wiem, co może się zdarzyć, ale też – jak im zapobiegać. Poza tym mimo wieku i doświadczenia cały czas się szkolę, wchodzą nowe techniki, pacjenci mają coraz większe oczekiwania. Gdy zaczynałem przygodę z chirurgią estetyczną i przychodził ktoś z garbatym nosem, nie miał żadnych innych oczekiwań poza tym, żeby się pozbyć garbu. Dzisiaj pacjentka zgłasza się ze zdjęciami i chce mieć nos jak Jennifer Lopez lub Nicole Kidman. Takie są oczekiwania, którym sprzyjają social media.
Czy operacje, które wykonuje Pan u celebrytek, bardziej stresują ze względu na opinię publiczną?
Tak, powodują większe emocje, bo ich rezultaty podlegają później ocenie wszystkich. Kiedy operuję osobę niepubliczną, efekt ocenia ona, jej rodzina, znajomi. A operację celebrytki – wszyscy. I nawet jeśli według mnie wszystko wypadło dobrze, to zawsze ktoś może publicznie skrytykować rezultaty w bardzo nieładny sposób. To dotyka. Dzisiejsze czasy są drapieżne, a social media robią dużą krzywdę i pacjentom, i nam, lekarzom.
Czy osoby publiczne są w Pana gabinecie traktowane inaczej?
Do każdego pacjenta od zawsze odnoszę się w dokładnie ten sam sposób. Oczywiście wysłuchuję, a kiedy widzę, że podejmuje niezbyt dobrą decyzję, to naprowadzam, odradzam czy zmieniam myślenie na temat operacji lub nie kwalifikuję. W mojej klinice nie ma operacji na zamówienie, do każdej pacjent musi być właściwie zakwalifikowany.
Zatrudnia Pan już ponad 100 osób, wciąż dbając o najwyższą jakość usług. Kto Panu w tym pomaga?
Kilkanaście zaufanych osób. Wśród nich np. dr Aleksandra Rymsza odpowiedzialna za medycynę estetyczną, dr Jacek Szwedo, który kieruje zespołem fizjoterapeutów. Do niedawna zespołem pielęgniarskim zajmowała się Danusia Stopecka, która przez wiele lat była szefową pielęgniarek i bloku operacyjnego. Pracują ze mną moje córki, które są managerkami kliniki. Co prawda żadna z nich nie chciała zostać lekarką, ale w przyszłości właściciel kliniki wcale nie musi być medykiem, by prowadzić taką placówkę. Przez wiele lat pracowałem z żoną, doskonale sprawdzała się w sprawach organizacyjnych, kontaktowała się z bankami, na co ja nie miałem czasu ani głowy. To ona wybudowała tę klinikę, ustalała wszystko z wykonawcami, ja tylko doradzałem merytorycznie, wkładałem kitel i szedłem robić swoje przy stole operacyjnym. Dzięki niej to miejsce jest nie tylko praktyczne, lecz także miłe. Żona wspierała mnie przez całe moje życie zawodowe, przez ostatnie 20 lat rozbudowaliśmy zespół od czteroosobowego do liczącego ponad 100 osób. I muszę przyznać, że w dużej mierze to dzięki niej wszystko się układało do tego stopnia, że mnie prawie w końcu przerosło (śmiech). Dziś cieszę się, że cały zespół docenia tę koleżeńską atmosferę, zbliżoną do niemal domowej.
Jest Pan doskonałym chirurgiem, ale też postacią medialną, od lat świetnie daje sobie Pan radę przed kamerą.
Niewiele osób wie o tym, że jestem z natury bardzo nieśmiały. Trudno nawiązuję kontakt. Jeżeli idziemy gdzieś z żoną na przyjęcie, to nie zdarza się, żebym kogoś zaczepił i z nim zaczął rozmawiać. Współpraca z mediami to rzecz nabyta – a do większej śmiałości zmusiło mnie życie i zawód, który wykonuję. Przeprowadzam ponad tysiąc konsultacji rocznie, czyli poznaję tysiąc nowych osób. Musiałem przyzwyczaić się do tego, żeby z nimi otwarcie rozmawiać i w dodatku inicjować te rozmowy. To zmieniło moje wewnętrzne, nieśmiałe podejście do ludzi.
Panie Marku, jak Pan widzi swoją zawodową przyszłość? Przez ile czasu planuje Pan operować?
Kiedyś zakładałem, że pójdę na emeryturę od razu, gdy osiągnę odpowiedni wiek, bo bawił mnie widok starszych lekarzy po 70. roku życia, którzy nie chcieli odchodzić od stołu operacyjnego. Mówiłem sobie: „O nie, nie będę tyle pracował, skończę te 65 lat i też pójdę na emeryturę”. Teraz mam 64 i tak w ogóle nie myślę (śmiech). Dziś mogę powiedzieć, że choć chirurgią plastyczną zajmuję się od 35 lat, to nie mam pojęcia, ile ta przygoda jeszcze potrwa. Myślę, że do momentu, kiedy przestanie mnie satysfakcjonować. Może jeszcze przez 10 lat? Wszystko zależy oczywiście od zdrowia i możliwości mentalnych – zdaję sobie sprawę, że to już nie będzie przyrastało, a niestety może trochę gasnąć. Nie wyobrażam sobie jednak ciągłych długich wakacji na emeryturze, nie mam w ogóle natury podróżnika. Wciąż wolę pracę z pacjentami, a kiedyś w przyszłości zamiast zwiedzania świata chciałbym doradzać młodszym kolegom i koleżankom.
Trudno też myśleć o emeryturze, gdy Klinika Dr Szczyt ciągle się rozrasta.
Tak, nasi pacjenci sprawiają, że musimy ją ciągle rozbudowywać. Znowu doszliśmy do momentu, kiedy mamy za mało miejsca, a zatrudniamy aż ośmiu chirurgów plastyków. Zrobiło nam się zdecydowanie za ciasno, potrzebujemy więcej sal operacyjnych i łóżek. Więc myślimy o nowej siedzibie firmy, gdzie będzie wygodniej nie tylko nam, lecz także pacjentom. Więc sama Pani widzi, że nie mogę jeszcze odejść na emeryturę, mam wciąż bardzo dużo do zrobienia!