Nauka to najwspanialsza rzecz, która przydarzyła się ludzkości. To z niej wywodzi sie współczesna medycyna, która przedłuża i ratuje ludzkie życie. Jednak nie wszyscy jej ufają. Rynek usług pseudomedycznych rozkwita w Polsce, oferując wiele „terapii” i maszyn, które nie mają nic wspólnego z leczeniem.

mgr farm. Magdalena Dragon
Magister farmacji z wieloletnim stażem, absolwentka Collegium Medicum UJ w Krakowie. Pracuje w aptece, czuwa nad prawidłowym przebiegiem farmakoterapii pacjentów przy ścisłej współpracy z lekarzami lub przedstawicielami innych zawodów medycznych.
Magicy, którzy leczą raka suplementami, wmawiają swoim obserwatorom spisek Big Pharmy i sprzedają jakże skuteczne w przypadku nowotworów strukturyzatory wody i inne badziewia. Ludzie cierpiący na choroby przewlekłe, jak choćby RZS, pod ich wpływem nagle wierzą, że zaczną skakać w gumę na podwórku – do takich wniosków dochodzę jako osoba mająca bezpośredni kontakt z pacjentami. Jak normalny człowiek ma się bronić przed zbłądzeniem w labiryncie pełnym szarlatanów? Jak rozpoznać, kiedy wróg celowo wciąga nas w bagienko pseudonauki? Przypomina mi to trochę gry na konsolę, gdzie wygraną jest nasze zdrowie, lecz żeby ją osiągnąć, musimy pokonać kolejne „levele”, pełne niebezpiecznych potworów, nie używając kodów na nieśmiertelność. Trzeba oczywiście zachować czujność, być krytycznym, a także poznać taktykę wroga, żeby misja została ukończona.
Jestem magistrem farmacji z długoletnim stażem i obserwuję ostatnio bardzo niepokojące zjawisko wśród pacjentów. Obecnie, zwłaszcza w mediach społecznościowych i internecie, mamy różnego rodzaju „specjalistów” bez wykształcenia medycznego (lub nawet z takim wykształceniem), którzy szerzą szkodliwe, a nawet zagrażające zdrowiu i życiu pacjentów treści. Do patodeweloperki dołączyła patoinfuencerka, patoszamanizm i patoteorie, przeprogramowujące mózgi i tworzące społeczność ubezwłasnowolnionych wyznawców. W mniemaniu osób wierzących w takie dyrdymały jestem tylko skromną patofarmaceutką. Mając bezpośredni kontakt zarówno z ludźmi chorymi, jak i zdrowymi, przeprowadzając wywiady farmaceutyczne, wykonując przeglądy lekowe, wiem, że część pacjentów rezygnuje ze stałej, profesjonalnej opieki lekarskiej. Narażają w ten sposób siebie lub swoich bliskich, popierają nieetyczne, niczym niepotwierdzone terapie grożące powikłaniami lub śmiercią. W społeczeństwie, w którym dostęp do lekarzy (zwłaszcza specjalistów) jest mocno ograniczony, kwitnie podziemie nielegalnych terapii niezgodnych z EBM, diet prowadzących do pogorszenia zdrowia i niekontrolowanych w internecie suplementów. Stara poczciwa Goździkowa pewnie przewraca się w grobie, bo już nie jest „sigmą”, o którą wszyscy pytają w aptece. Obecnie mamy kryzys dotyczący szczepień, zwłaszcza najmłodszych pacjentów, zauważa się wzrost otyłości i nadwagi wśród dzieci, katastrofalny stan jamy ustnej Polaków i wiele innych bardzo ważnych problemów. Zamiast rzetelnie pracować nad rozwiązaniami ważnymi dla ludzi kwestii zdrowotnych – mam wrażenie – zajmujemy się bezproduktywną dyskusją na tematy pochodzące z miejsca, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę (według Marcina Pałasza). Dlaczego nikt nie zainteresuje się np. lekarzami Rodzeniami, którzy mają czynne prawo wykonywania zawodu, szerzą szkodliwe treści, dodatkowo na tym zarabiając? Co z dietetykami i naturopatami wymyślającymi coraz to nowsze niestworzone teorie na temat żywienia? Ostatnio dowiedziałam się, jak w prawidłowy sposób pić wodę – nie wiem, jak mogłam wcześniej funkcjonować bez tak elementarnej wiedzy…. Odnoszę przy tym wrażenie, że albo ze mną jest coś nie tak, albo trendsetterzy powinni wypromować opiekę farmaceutyczną tak skutecznie, jak promują bezsensowne pierdoły.
Siła rażenia teorii spiskowych
Jak w większości przypadków, na czele wszelkich bzdur szerzonych przez influencerów lub pseudonaukowców wysuwają się wszelkiego rodzaju teorie spiskowe. To jest to, co Polacy, a zwłaszcza pacjenci, lubią najbardziej. Nic tak nie podkręca atmosfery niż wetknięcie kija w mrowisko i obserwowanie zagorzałych dyskusji na Instagramie lub forach internetowych. Algorytmy mediów społecznościowych momentalnie wychwytują obserwowane przez nas wątki i sugerują zbliżone. Apetyt rośnie w miarę scrollowania. W pewnym momencie, śledząc coraz więcej podobnych informacji, dochodzimy do wniosku, że faktycznie coś jest na rzeczy. Tego typu skłonności mają zwłaszcza osoby starsze, a także młodzież korzystająca z internetu i niemająca jeszcze świadomości i umiejętności weryfikacji informacji. Nie zliczę przykładów, ile razy sama dałam się wciągnąć w jakąś bezsensowną dyskusję na forum, bo wydawało mi się, że racjonalnymi, logicznymi argumentami będę umiała kogoś wyprowadzić z błędu… Marketingowcy jednej z firm farmaceutycznych (celowo nie wymieniam której) przeczesują fora, na których ludzie skarżą się na przeróżne dolegliwości. Wynikiem lektury gorących dyskusji staje się wymyślona choroba i pakiet suplementów mający cudowne właściwości łagodzenia tej dolegliwości. Nagle pacjenci są utwierdzeni w swoich domysłach, bo ktoś w końcu nazwał ich objawy i jeszcze wyprodukował na to suplement! Da się?! Taki suplement żyje sobie potem w sprzedaży aptecznej przez jakieś parę miesięcy, a następnie umiera śmiercią naturalną. Czekam z niecierpliwością na powstanie tabletki leczącej nadmierną lordozę lędźwiową u influencerów.
Ogrom emocji, zero rzeczowej dyskusji
Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy śledziłam losy doktora Zięby, ba nawet kupiłam jego książkę, żeby być lepiej przygotowaną na zagorzałe dyskusje toczące się od czasu do czasu w aptece. Szybko się przekonałam, jak trudno jest dotrzeć z logicznymi (według mnie) argumentami do drugiej osoby. Twardzi wyznawcy paramedycznych teorii przynosili mi nawet książki do poczytania, bym mogła się doedukować. Zarzucano mi brak wiedzy na temat „najnowszych i najskuteczniejszych” terapii bądź leków oraz wmawiano mi zmowę z koncernami farmaceutycznymi, tzw. Big Pharmą – to mój chleb powszedni.
Emocje sięgają zenitu, a tam, gdzie emocje, tam nie ma miejsca na rzeczową dyskusję. Skąd to się bierze? Codzienna dawka wiadomości, gdzie aspekty wizualne przewyższają treści, jest nam serwowana przez ogólnodostępne środki masowego przekazu. Pralnie mózgów, takie jak YouTube, Facebook czy Instagram, sprawiają, że pseudonauka stała się celebrytką. Medycyna zeszła do poziomu molekularnego, niezrozumiałego dla przeciętnego człowieka, a patoinfluencerzy wyjaśniają wszystko w sposób łatwy i przystępny dla zwykłego Kowalskiego. To nie szkodzi, że content to totalny brainrot, jak to mawia dzisiejsza młodzież. Nasz mózg lubi powtarzalność i za prawdziwe uznaje to, co rozumie. Pseudonauki dają pocieszenie, fałszywe poczucie zrozumienia rzeczywistości w przeciwieństwie do nauki opartej na pomiarze i doświadczeniu, która bywa bezwzględna, bezduszna i skomplikowana. Poza tym ludzie lubią mieć poczucie wspólnoty, akceptacji, wspólnego celu jednoczącego swoich zwolenników. Kiedyś ten mechanizm pozwalał przetrwać nam jako gatunkowi, dzisiaj jednak trochę nieświadomie stajemy się jego ofiarami.

Służba zdrowia to nie to samo co medycyna
Zdaję sobie sprawę, że „zacne grono” dokłada wszelkich starań, by wszystko wyjaśnić pacjentowi. Musimy także wyraźnie zaznaczyć, że służba zdrowia to nie to samo co medycyna. Będąc częścią tego systemu, który mocno kuleje pod wieloma względami, muszę powiedzieć, że trochę jesteśmy sami sobie winni. Warunki pracy nie dają nam możliwości spokojnej i rzeczowej rozmowy z pacjentem. Jedną z największych bolączek stał się czas, który jesteśmy w stanie mu poświęcić. Według danych w Polsce wizyta w gabinecie lekarskim trwa średnio 10 minut, z czego większość zajmuje wypełnianie dokumentacji. Brak możliwości wyjaśnienia wątpliwości, które nasuwają się choremu, zadawania pytań stwarza poczucie bycia lekceważonym. Tutaj na scenę wchodzą znachorzy ubrani na biało, którzy mają czas na rozmowę, zainteresowanie problemem i pozorne zrozumienie potrzeb pacjenta. Pseudomedycy mówią to, co bezradny chory chce usłyszeć: interesuję się całym tobą, a nie tylko twoją nerką czy sercem. Spyta jeszcze przy okazji o relacje z matką albo o ból stóp, tworząc pozorne poczucie więzi. Trochę dziwnie to zabrzmi, ale po tym, jak otrzymywałam do poczytania różne książki z pseudomedycyny, łatwiej było mi dyskutować w logiczny sposób. Byłam lepiej przygotowana na odpieranie „miażdżących” argumentów opierających się na jakże twardych dowodach anegdotycznych. Trzeba uzmysłowić ludziom, że to publikacje i wyniki badań klinicznych są dowodem naukowym, a nie tak chętnie używane opowieści randomowych, zadowolonych pacjentów. Dzięki ogólnodostępnym bazom danych, takim jak clinicaltrials.gov lub clinicaltrialsregister.eu, każdy ma dostęp do informacji o prowadzonych i zakończonych badaniach klinicznych. Dzięki systemowi rejestrującemu zdarzenia w tych bazach firmy prowadzące badania nie mogą ukrywać swoich niepowodzeń w postaci nieskutecznych lub niebezpiecznych leków. Patologiczni uzdrowiciele pozostają poza wszelką kontrolą.
Oczyszczenie sfery zdrowia z reklamy
Skomercjalizowanie medycyny i uwikłanie w nie zawsze jasne interesy ekonomiczne również podważa jej wiarygodność. Doskonale pamiętam czasy prosperity, kiedy odwiedzali nas przedstawiciele, którzy w zamian za długopisy, notesy i reklamówki oczekiwali zwiększenia sprzedaży swoich produktów.
Nie można też zapominać o pacjentach spragnionych rabacików, prezentów za wydanie 100 zł lub przyznania dodatkowych punktów w programie lojalnościowym, by otrzymać nic nie wartą chińską patelnię. Być może rozwiązaniem byłoby oczyszczenie sfery zdrowia z reklamy, metkowanych i markowych dóbr? Naszą podejrzliwość, co do intencji autora porad medycznych powinny również wzbudzić wszelkie próby polecenia swoich suplementów, książek lub e-booków. Szczególnie jeśli sprzedający narzeka na chciwość i spisek Big Pharmy, jednocześnie zachwalając własne produkty, które nierzadko okazują się kilkukrotnie droższe niż analogiczne, dostępne w aptece. A tam ciężko jest odnosić się do składu suplementu i dyskutować na jego temat, kiedy na opakowaniu nie ma nawet podstawowych informacji na ten temat. Argumentami ludzi przynoszących takie opakowania są trzy informacje: działa holistycznie, jest naturalne i organiczne. Pozamiatane! Pani magister nie ma więcej pytań i może sobie te swoje chemiczne tabletki wciskać innym, nieświadomym pacjentom, bo te od uzdrowiciela nie mają przecież żadnych skutków ubocznych! Ręce opadają… Jak porównać to ze „zwykłymi” lekami, które mają często wąskie spektrum działania, jasno określone wskazania, mało tego – mają wiele skutków ubocznych i potencjalnych interakcji. Dlatego pełna obaw, w trosce o dobro wasze i pacjentów, dobrze opłacona i w zmowie z największymi koncernami farmaceutycznymi, przekazuję, jak wypłynąć na powierzchnię w morzu bzdurnych, internetowych fake newsów.
Poniższe informacje mają ułatwić odpowiedzi na często zadawane pytania, udzielić wskazówek, jak rozpoznać wiarygodne informacje na temat zdrowia.
Ważne jest, by oceniać to, co znajdziemy w internecie, ponieważ każdy może zamieszczać tu informacje, a wyniki wyszukiwania są wybierane przez oprogramowanie komputerowe, a nie przez ekspertów. Strony internetowe mogą być sponsorowane przez firmy sprzedające produkty, więc mogą nie dostarczać obiektywnych informacji.
Wskazówki dotyczące znajdowania informacji o zdrowiu, którym możesz zaufać
Czy źródło informacji jest godne zaufania i wiarygodne? Przede wszystkim warto sprawdzić adres strony internetowej (nazywany również URL), by dowiedzieć się, jaki typ organizacji sponsoruje daną stronę.
Strony internetowe sponsorowane przez rząd, instytucje edukacyjne lub wiarygodne organizacje zawodowe częściej dostarczają obiektywnych informacji niż strony komercyjne:
– gov = rząd USA,
– edu = instytucja edukacyjna,
– org = organizacja zawodowa lub non profit,
– com = komercyjna strona internetowa, np. strona internetowa firmy farmaceutycznej.
– Unikaj stron internetowych, które są czyimiś prywatnymi stronami internetowymi. Jeśli istnieje zakładka „O nas”, sprawdź cel organizacji.
– Jeśli celem jest promowanie komercyjnych produktów lub usług, podane informacje o zdrowiu mogą nie być wiarygodne.
– Bądź ostrożny, jeśli chodzi o prezentowane informacje, gdy na stronach internetowych są reklamy. Powinny być one oddzielone od informacji o zdrowiu.
– Sprawdź, czy istnieją dane kontaktowe organizacji, np. adres e-mail lub numer telefonu, dzięki którym można się z nią skontaktować i dowiedzieć więcej o niej lub jej witrynie internetowej.
– Uważaj na linki. Jeśli link na zaufanej stronie internetowej kieruje cię do zupełnie nowej strony internetowej, nie zakładaj, że ta nowa witryna również zawiera wiarygodne informacje. Będziesz musiał ją ocenić, by upewnić się, że jest godna zaufania.

Czy informacje są aktualne?
- Poszukaj frazy „ostatnia aktualizacja” na stronie internetowej, by sprawdzić, czy jest ona aktualna.
- Jeśli nie ma wskazania, kiedy informacja była ostatnio aktualizowana, nie zakładaj, że jest bieżąca. Sprawdź, czy są inne oznaki, że witryna jest odświeżana, np. w zakładce „Najnowsze wiadomości” znajdują się w miarę nowe informacje.
- Jeśli linki na stronie internetowej nie działają, może to oznaczać, że strona jest nieaktualna.
Czy przedstawione informacje opierają się na faktach (dowodach)?
- Brzmi zbyt dobrze, żeby mogło być prawdziwe? Podchodź sceptycznie do informacji zdrowotnych, które zawierają twierdzenia o „cudownym lekarstwie”.
- Zwróć uwagę na to, czy informacje na stronie internetowej są oparte na badaniach lub opiniach ekspertów, a nie tylko na opiniach.
- Czy są cytowane artykuły naukowe lub inne oryginalne źródła informacji?
- Czy istnieje wyraźne oświadczenie określające źródło prezentowanych informacji i sposób ich weryfikacji?
- Porównaj wiarygodne strony internetowe. Porównaj informacje, które znajdziesz na jednej wiarygodnej stronie internetowej, z tymi z innych stron internetowych, by sprawdzić, czy są spójne.
- Weryfikuj oświadczenia zdrowotne oparte na osobistych zeznaniach z wielu wiarygodnych źródeł. Grupy wsparcia online, fora lub blogi to świetny sposób na dzielenie się doświadczeniami i informacjami, ale nie należy ich uważać za wiarygodne źródło porad zdrowotnych i medycznych.
- Oceń siłę przedstawionych oświadczeń zdrowotnych. Na przykład oświadczenie zdrowotne oparte na jednym małym badaniu nie jest tak silne jak oświadczenie zdrowotne bazujące na wynikach wielu badań na dużą skalę.
Jak unikać oszustw i wirusów
- Zachowaj ostrożność, jeśli witryna internetowa prosi cię o rejestrację lub zapisanie się, by udostępnić ci publikowane informacje.
- Zapoznaj się z polityką prywatności, by mieć pewność, że witryna nie udostępni twoich danych osobom trzecim.
- Unikaj stron internetowych, które mają wyskakujące okienka.
- Nie pobieraj plików ze stron internetowych, jeśli nie masz pewności, że dokumenty są wiarygodne.
Wskazówki dotyczące korzystania z wyszukiwarek, takich jak Google czy Yahoo
- Połącz terminy, by zawęzić wyszukiwanie. Na przykład jeśli chcesz znaleźć informacje na temat radzenia sobie z bólem u osób z SM, wpisz „pain AND multiple sclerosis”.
- Żeby znaleźć dokładną frazę („technologia wspomagająca”), użyj cudzysłowu.
- Użyj operatora OR, by wyszukać oba słowa lub frazy (ćwiczenia OR „aktywność fizyczna”).
- Te wskazówki mają również zastosowanie podczas wyszukiwania w Google Scholar.
Wskazówki dotyczące udostępniania informacji z internetu dostawcom usług opieki zdrowotnej
Z badań wynika, że większość lekarzy (80 proc.) przyjmuje pacjentów, którzy uzyskali informacje o zdrowiu z internetu. Udostępniaj tylko informacje dotyczące zdrowia pochodzące z licznych i wiarygodnych witryn internetowych, nie udostępniaj całych dokumentów, lecz zrób krótką, wypunktowaną listę swoich pytań. Poproś swojego lekarza o polecenie stron internetowych, które mogą okazać się dla ciebie przydatne.
Z całą odpowiedzialnością mogę polecić wszelkie strony WWW, które są oznaczone symbolem HONcode. HONcode opracowała Fundacja „Zdrowie w sieci” (Health on the Net Foundation) i jest to pewnego rodzaju kodeks etyczny, ułatwiający wyszukiwanie w sieci wysokiej jakości wiarygodnych informacji na temat zdrowia. Fundacja przez wiele lat prowadziła badania, żeby zebrać najskuteczniejsze wskazówki, które pomogą zdecydować, czy znaleziona informacja jest dobrej jakości. Korzystając ze stron WWW z tym certyfikatem, macie gwarancję, że przedstawiona treść jest zgodna z obecnym stanem wiedzy i zweryfikowana bądź zrecenzowana przez osoby mające odpowiednie wykształcenie lub stopień naukowy.
W akcjach rzetelnie informujących społeczeństwo oraz w sposobie przekazu informacji ważnych dla zdrowia i życia tkwi potencjał. Ma on szansę realnie przełożyć się na zmniejszenie kosztów leczenia i wydatków ponoszonych przez NFZ. Zdaję sobie sprawę, że nikt nie jest w stanie zbanować wszystkich szarlatanów, ale musimy zacząć wychodzić do pacjentów z wiedzą ujętą w sposób przystępny. Niech mają oni świadomość, skąd czerpać informacje i jak je sprawdzać zgodnie z zasadami EBM. Należy wspierać edukację w dziedzinach nauk biologicznych, zachęcać ludzi do samodzielnego, krytycznego myślenia, uczyć odpowiedniego wyciągania wniosków. Wszelkie akcje popularyzujące wiedzę powinny być rozpowszechniane w sposób zrozumiały i dostosowany do odbiorców – tutaj świetnym przykładem jest kampania na Facebooku „A dowodzik jest?”. Z takim zapleczem na pewno uda się ograniczyć marsz pseudomedycyny.
